Konferencje różne

Staram się w tym miejscu publikować różne konferencje, jakie głoszę w różnych miejscach.

13. 07. 2018 Na stronie: https://vimeo.com/279460681/6ac5bb8cc9
pojawiła się moja wypowiedź o acedii dla mężczyzn na tle dzisiejszej sytuacji życiowej.

06. 07. 2018. Podczas rekolekcji prowadzonych dla moich przyjaciół w Istebnej (były to już 28. rekolekcje z rzędu od 1991 roku), wygłosiłem konferencję streszczającą zamysł i ideę zawartą w książce: „Dar wolności a tajemnica nieprawości”.

 

09. 06. 2018. Podczas dnia skupienia dla oblatów świeckich naszego Opactwa wygłosiłem konferencję o perfekcjonizmie, który jest jedną z większych trudności w życiu duchowym.

W dniu 15.04.2018 w Laskach odbył się kolejny dzień skupienia dla chętnych. Tematem był Hymn o miłości (1 Kor 13). Oto dwie konferencje z tego dnia skupienia:

 

Konferencja na temat: „Co to jest lecitio divina?” wygłoszona podczas rekolekcji w Tyńcu w dniu 5.04.2018:

W dniach 25.-28.02.2018 głosiłem rekolekcje parafialne w Józefowie w parafii św. Maksymiliana Kolbego na temat modlitwy chrześcijańskiej. Stanowią one komentarz do IV części Katechizmu Kościoła Katolickiego na temat modlitwy osobistej:

 

W dniach 29.01. do 7.02.2018 głosiłem rekolekcje dla ss. franciszkanek w Laskach podczas których wygłosiłem konferencje na tematy zasadnicze w duchowości. Pierwsze konferencje były wprowadzeniem w zagadnienie duchowości:

1. Co to jest duchowość

2. Kim jesteśmy

3. 8 duchów zła

4. Filary życia duchowego

Dalej pozytywny wykład na temat budowania duchowości zawarłem w pozycji Dziesięciokręg, w której starałem się zawrzeć podstawowe zasady życia duchowego:

Krąg 1: Pragnąć życia – pragnąć Boga

Krąg 2: Zdecydować się na Prawdę

Krąg 3: Kroczyć za Mistrzem

Krąg 4: Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony

Krąg 5: Otworzyć się na Słowo Boże

Krąg 6: Liturgia – uczestniczyć w Bożym dziele

Krąg 7: Modlitwa – spotkać się z Bogiem w sercu

Krąg 8: W szkole pokory

Krąg 9: Gorliwość w życiu żarliwej miłości

Krąg 10: Żyć nadzieją królestwa Bożego

 

W Gdańsku w dniu 25.11.2017 odbyła się konferencja „Konferencja naukowa pt. „Racja czy relacja”. Zostałem na nią zaproszony i poproszony o wygłoszenie referatu na temat związany ze współczesnym zagrożeniami dla młodzieży. Starałem się ująć ten temat wychodząc od uświadomienia sobie kim jesteśmy i o co chodzi w naszym życiu. Ben odpowiedzi na te tematy trudno mówić o samych zagrożeniach, czy nawet odpowiedzieć, czy są one zagrożeniami, bo mogą być szansą na rozwój. Konferencja została podzielona na dwie części ze względu na jej długość:

Dyskusja po referacie:

 

2017-09-04 konferencja: „Radujcie się!” wygłoszona w Gliwicach w KIK

 

2017-09-01_03 Prowadziłem kolejne rekolekcje w Olsztynie Radykajnach dla grupy Benedictus oraz różnych sympatyków duchowości benedyktyńskiej tym razem pod ogólnym tytułem: „Zawsze się radujcie”:

Konf 1 Radujcie się:

Lectio divina J 5 i 9:

Konf 2 Radujcie się:

Konf 3 Radujcie się:

Lectio  divina 1 Tm 5:

Konf 4 Radujcie się:

Konf publiczna Radujcie się:

 

2017-07-11 w uroczystość św. Benedykta tradycyjnie przyjeżdżają do Tyńca nasi oblaci świeccy, którzy pragną razem z nami świętować. Tego dnia o 15.00 wygłosiłem konferencję, w której starałem się przedstawić podstawy duchowości benedyktyńskiej. Udostępniam ją i dołączam do niej schemat, wówczas narysowany.

2017-07-11 Podstawy duchowości benedyktyńskiej – konferencja

 

2017-05-27 Kroczyc za Mistrzem Warszawa

2017-05-05 Wdzięczność  Kraków

2017-04-02 „Pokusa, sumienie, grzech” dla grup medytujących:

2017-04-01 Hymn o kenozie: Flp 2,1-11 na dniu skupienia dla KIK w Częstochowie:

2017-04-01 Konferencja: „Modlitwa chrześcijańska” na dniu skupienia dla KIK w Częstochowie:

2017-04-01 Konferencja: „W życiu chodzi o życie” na dniu skupienia dla KIK w Częstochowie:

komentarzy ( 32 )
  1. Grzegorz

    Chciałem Ojcu ogólnie podziękować za te i inne konferencje. Gdy ponownie słucham ich po jakimś czasie, to jestem zdziwiony jak, często odkrywam coś nowego. I to zazwyczaj poza głównym tematem, jakby w jego cieniu. Choć stale było tam obecne, ale dla mnie się nie wyróżniało, bo takie szare i jakby w tle. I w życiu za każdym razem gdy uświadamiam sobie, że znów się zaplątałem, że wpadłem w jakieś bagno, to wychodzi, że zaniedbałem te najprostsze zwyczajne sprawy. Koncertowałem się na czymś istotnym, a lekceważyłem te niby-oczywistości. Nie było we mnie cierpliwości, wytrwałości. Za każdym razem nie było pokory.

    W konferencji „W życiu chodzi o życie” Ojciec wspomina o wywiadzie z polskim islamistą, który zaślepiony widzi wielkie dobro, coś mistycznego w tym co jest oczywistym złem. Może jest też tak, że zło w nas potrafi się świetnie ukryć przez wystawianie nam na pokaz zła w innych. Tak jak w tym zwiedzionym chłopaku, w państwie islamskim, w innej ideologi czy nawet religii itp. To widzenie zła w innym przynosi nam czasem jakąś skrywaną chorą satysfakcję, i pozorne ukojenie naszych obaw. Czujemy się lepiej, gdy ktoś trochę do nas podobny wypada gorzej niż my, nawet nieznacznie. A gdy widzimy że ktoś dopuścił się czegoś bardzo złego jesteśmy niebywale zszokowani, oburzeni, czujemy do niego pogardę, ale jednocześnie mamy wrażenie że my byśmy nigdy tak nie postąpili. Im gorsi wydaja się inni tym w naszych oczach pozornie lepsi my jesteśmy. Czujemy ulgę i odpuszczamy sobie nasze mniejsze, albo większe zło albo nawet go nie dostrzeżemy. Potrzebujemy zła w innych aby nie martwić się złem w sobie samym, a inni postrzegają siebie i nas tez w ten sposób. I wszyscy krążymy w jakimś zaklętym kręgu.

    Myślę, że jest coś w tym co pisał Rene Girard o źródłach ludzkiej przemocy, m.in. o mechanizmie mimetycznym, mechanizmie „kozła ofiarnego”. Ten antropolog poprzez swoje badania odkrył dla siebie chrześcijaństwo i to doprowadziło go do nawrócenia. W jego książkach może razić trochę pewność siebie, ale coś w tym jest co pisze. Gdyby ktoś w skrócie chciał poznać jak teorie Girarda mają się do chrześcijaństwa to podaję taki link https://goo.gl/S3N28X i jeszcze jeden w maksymalnym skrócie https://goo.gl/sukJOQ i tu przykład, w którym po raz pierwszy dowiedziałem się o Girardzie, a jest to komentarz do filmu dla nastolatków (!!!) https://goo.gl/vrez23 )

    Dla zainteresowanych wątkiem państwa islamskiego i zwiedzenia przez ideologię można obejrzeć https://goo.gl/Cs9I49 , ale warto poczytać https://goo.gl/nVfOTl lub skrótowo po polsku tutaj https://goo.gl/bc1hd3 i opowiedziane tutaj: https://goo.gl/Va26jF (jak ktoś jest z Krakowa to 11.04.2017 jest spotkanie z dziennikarzem Marcinem Mamoniem https://goo.gl/QjxhD6 )

    Jeśli ktoś odbierze te linki trochę jako spam to przykro mi, ale wg mnie coś w tym jest.

    Dla Ojca jeszcze raz Bóg zapłać.
    Grzegorz

    • Wlodzimierz Zatorski Post author

      Drogi Grzegorzu,
      Rzeczywiście istnieje w nas zdumiewający mechanizm obrony siebie, usprawiedliwiania siebie poprzez wytykanie winy innych. Jest to bardzo mocny mechanizm i właściwie plotkowanie, obmowa, oczernianie służą właśnie temu, aby samemu poczuć się lepiej, bo inni są gorsi. Dlatego też szczególnie „ważne” są upadki osób duchownych: księży, zakonników, zakonnic, bo oni „powinni być lepsi”, a jeżeli okazują się grzeszni lub po prostu źli, nasza „niewinność” jest większa. W tym kontekście można lepiej zrozumieć zakaz osądzania innych, bo służy on zakłamywania prawdy o sobie samym, a bez uznania prawdy odnoszącej się do nas, nie można przystąpić do Boga, który jest Prawdą. Mechanizm wypierania trudnej prawdy o sobie jest ogromną siłą. Bierze się ona z braku zrozumienia, że Bóg jest miłością. Dopiero odkrycie tej prawdy we własnym doświadczeniu pozwala wyzwolić się od lęku przed uznaniem własnej słabości.
      Dzisiaj jest Wielki Piątek. Zamiast homilii umieściłem swoje refleksje na temat „Dlaczego krzyż”. Są one dopełnieniem refleksji wygłoszonej na temat hymnu o kenozie z Flp 2,1-11, które w postaci nagrania w „Konferencjach różnych” z datą 2017-04-01.
      Serdecznie pozdrawiam i życzę dobrego przeżycia całego Triduum Paschalnego.

      • Grzegorz

        Tak, problem upadku duchownych jest dość skomplikowany, a za nim ciągną się łańcuchy dalszych upadków.
        Zastanawiałem się, co powinien zrobić niebezpośrednio upadły duchowny, albo jeden z tych „niewinnych”, gdyby się w takim łańcuchu znalazł. Ja obawiam się, że nie wiem, więc pewnie zrobiłbym coś, czego nie powinienem. Tylko czy moja niewiedza jest czymś wyjątkowym? A co wiedzą inni którzy by się w takim łańcuchu znaleźli – zarówno „niewinni” jak i niebezpośrednio upadli duchowni?

        Tak jak mówił Ojciec o grzechach – więcej zła powstaje, gdy owi upadający nic z tym nie robią. W tym łańcuchu „upadku” duchownego jest wiele ogniw i powstaje jeszcze więcej zła, gdy te ogniwa pośredniczące i dalsze nie wyciągają wniosków, nie próbują naprawiać wyrządzonych krzywd.

        Bardzo, bardzo rzadko „niewinni” rezygnują z obmawiania (nie wiem jak między duchownymi). W sprawie napominania teoretycznie wiadomo, że do trzech razy sztuka i jak nie posłucha to mamy uważać go za poganina i celnika. Ale w praktyce to zupełnie coś innego. Słyszy się czasem o publicznych napomnieniach polityków, celebrytów, albo między duchownymi – przełożonym i podwładnym lub coś czasem słychać o napomnieniach w przypadkach molestowania. Ale chciałoby się dostrzec jakiś dobry skutek (niekoniecznie karę), a często się słyszy braku skutków i o dalszym zgorszeniu. Zdaje się, że Świadkowie Jehowy coś z tego systemu napominania i potem traktowania jako poganina stosują (coś tam słyszałem ale u źródła nie rozmawiałem), ale to wydaje mi się dziwne. Bo napomnienie może dotyczyć jakiegoś niezbyt bliskiego brata/siostry i osoby nieduchownej, ale może dotyczyć też osoby bliskiej, czy kogoś z rodziny. A jeśli miałoby dotyczyć przełożonego, albo nielubianego lub lubianego polityka, uzależnionego sąsiada, znajomej z pracy krzywdzącej swoje dzieci, albo własnego ojca lub własnej matki albo własnych dzieci. Poza tym, że to brzmi dziwnie to jeszcze kwestia skutków – u Świadków Jehowy w Australii znana jest historia ponad tysiąca ofiar pedofilii, której nie zgłaszano władzom i to zło trwało przez lata (ale u Katolików nie jest lepiej nie tylko w Australii).

        I tu odnosi się wrażenie, że zamiast napomnienia to jakaś forma wetu-za-wet (najlepiej instytucjonalnie, ale nie tylko), np obmowa, albo starach krzywdziciela przed nią, przynosi jakiś bezpośredni skutek. Tylko z tym wet-za-wet może być tak, że potem to „ofiara” okazała się krzywdzicielem, a „krzywdziciel” ofiarą, albo oboje stają jednym i tym samym i poszukują stronników do zlinczowania drugiego (jak w mechanizmie kozła ofiarnego wg Girarda). Ale może w tej sprawie napomnienia chodzi o coś innego, niż nam to podsuwają nasze oczekiwania?

        I tak jak ojciec mówił, że problemem jest to, że koncentrujemy się na moralności, na tym by nie naruszyć tych wyraźnych przykazań samemu albo interesujemy się naruszeniami przykazań przez innych. Ale ani u siebie ani u innych nie poświęcamy wystarczająco dużo czasu, zaangażowania na zastanowienie, co mamy z tym zrobić potem. Ewentualnie wyznajemy swoje grzechy, ale często w „duchu” tak naprawdę myślimy, że ta nasza odpowiedzialność jest tylko częściowa bo winni naszych słabości są też ci inni – rodzice, zmarła wiele lat temu teściowa, żona/mąż, przełożeni, koledzy albo ten upadły ksiądz, który przecież nie powinien być upadły, albo w ogóle duchowni, którzy jego upadek tuszowali itd. I tak się kręcimy w tym zaklętym kręgu od grzechu pierworodnego.

        No bo jak poczytamy, albo obejrzymy na youtubie np. o milczeniu Kościoła w sprawie molestowania głuchoniemych dzieci w Milwaukee, albo o takim „Legionie Chrystusa” w Meksyku i temu podobnych, to jak mówił Ojciec, grzech jest zły ale ważniejsze jest co się z nim potem zrobi, albo nie zrobi. I to zrobienie lub niezrobienie „czegoś” sensownego z grzechem należy czasem bardziej nie tego upadłego ogniwa, ale do kolejnych ogniw. I na pewnym poziomie sprowadza się do tak błahych spraw list – zwykła kartka papieru na której ktoś napisał kilka zdań bardzo wyważonym językiem, i po latach ten list zaginał w jakichś archiwach, a jego autor „z powodów osobistych” zrezygnował z kapłaństwa. Bo wracając do tej idei napomnienia braterskiego – czy wikariuszowi, siostrze zakonnej albo nowicjuszowi byłoby łatwo zrobić pierwsze takie podejście do przełożonego, proboszcza, albo biskupa? A jeśli trzeba wykonać kolejne i nie znajdzie się nawet jednego do towarzystwa? A jeśli skończy się na tym trzecim i wówczas co z tym zrobić. Trudno mi sobie wyobrazić siostrę zakonną uważającą brata biskupa za poganina. Jestem w tym całkiem niekompetentny, ale jak z tym wszystkim pogodzić śluby posłuszeństwa? Wiem, że posłuszeństwo ma pomóc w problemie własnych chęci, i powinno przechodzić przez sumienie, ale czy przechodzenie przez sumienie jest podkreślane w konstytucjach równie mocno jak zasada posłuszeństwa? Pewnie u większości ludzi, gdy pomyślą o perspektywie podjęcia takich działań wobec przełożonego powstaje pewien dysonans i problem co z tym zrobić, jak go zredukować? I tu chyba chodzi o tą potrzebę bycia „OK” wobec ludzi z którymi się żyje w bliskim kontakcie, o której często wspomina Ojciec. I co z tym począć? Może właśnie teraz, gdzieś, ktoś ma taki dylemat?

        Jeszcze raz dla Ojca Bóg zapłać.
        Grzegorz

        PS. dziękuję też, że w tych konferencjach ojciec mówi bardziej ogólnie i unika nazywania pewnych wątków z bieżącej polityki albo tych czy innych mediów, czy instytucji kościelnych. Ludzie mają swoje uprzedzenia, preferencje i paradoksalnie czasem łatwiej im dostrzec coś w bieżącej rzeczywistości, gdy nie mówi się o niej bezpośrednio, ale np o przeszłości. Podobnie jak z łatwiejszym dostrzeganiem własnych niedoskonałości w innych ludziach.

        • Grzegorz

          Tak, ludźmi rządzić może autokratyzm, który stara się podążać za „duchem czasu”, jak szatan. Właściwie stale jesteśmy nieświadomi naszej nieświadomości, ale najbardziej wtedy, gdy nawiązujemy z nim współpracę. Potem coś tam zaczynamy sobie uświadamiać, ale tego nie rozumiemy, a do bycia nierozumnymi nie chcemy się przyznać, ani przed innymi i ani przed sobą. Przez chwilę czujemy się żałośnie, i możemy nawet wydać z siebie błazeński śmiech. Brakuje nam jednak pokory by przywdziać błazeńską czapkę, bo (…wstawić właściwe…) i po prostu łatwiej w czymś pozostać niż to zmienić. Cóż … kontynuujemy. Ale pojawia się wstyd i coś musimy z nim zrobić, więc te dowody naszej marności nieświadomie wymazujemy ze świadomości. Wypełniamy ją wymówkami, innymi odpowiedzialnymi (mogą być ci co zawsze), mataczymy sobie i innym. Czujemy się trochę wyczerpani, ale potem już „lepiej”, czujemy się znów „OK”. Wracamy do normy i znów postrzegamy siebie jako przyzwoitych, którzy nie wołaliby „ukrzyżuj”, i nie usłyszeli „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

          „Ducha czasu” można poczuć w informacjach o prowadzeniu w mediach społecznościowych eksperymentów nad manipulowaniem emocjami użytkowników (https://goo.gl/W9nGj i https://goo.gl/p9ERda), albo ich wykorzystaniu do manipulowania nimi (https://goo.gl/Cnegvo) oraz o wygrywaniu wyborów dzięki sprofilowanemu politycznemu marketingowi ( https://goo.gl/NGvelS). „Duch czasu” także objawia się w śledzeniu i analizowaniu postów (w tym zdjęć) publikowanych przez nastolatków, dzięki którym można określić, kiedy ci czują się „zestresowani”, „przytłoczeni”, „bezużyteczni” czy „głupi” oraz że informacje te miały być udostępniane reklamodawcom (https://goo.gl/ZUQAo2 i https://goo.gl/SgTDur i https://goo.gl/4kLl6q). Z „duchem czasu” jest apel wystosowany „do naszej społeczności”, przedstawiający wizję świata przyszłości i wezwanie do radykalnego zacieśnienia globalnych więzi społecznych ( https://goo.gl/1nfdnq).

          Eksperyment Milgrama niedawno został po raz pierwszy przeprowadzony w Polsce i pokazał wyniki podobne do tych sprzed 50 lat (więcej https://goo.gl/AdZ3RO i tutaj: https://goo.gl/zIzsgI i https://goo.gl/M2Nxyr).

          Grzegorz

        • Grzegorz

          Ten pokręcony komentarz o „nieświadomości naszej nieświadomości” (???) dotyczył reakcji ludzi z filmu dot. eksperymentu Milgrama (https://goo.gl/bKxgGI) i miał się znaleźć trochę niżej pod wątkiem dot. tego eksperymentu. Przepraszam za te pokrętne wynurzenia i jestem wdzięczny za cierpliwość.
          Grzegorz

      • Grzegorz

        Wydaje mi się, że ta pozorna trywialność konfliktu pomiędzy chęcią pozostania „OK” wobec autorytetu i zarazem poczucia wyrządzania krzywdy bliźniemu, te dylematy podwładnego stającego przed wizją podważenia autorytetu przełożonego bardzo dobrze opisane są w książce Stanleya Milgrama „Posłuszeństwo wobec autorytetu” na stronach 164-167 i 175-178.
        Książka opisująca ten słynny eksperyment Milgrama z lat 60-tych wydana została po raz pierwszy w USA w 1974 roku, a w Polsce dopiero w 2008 (!!!). Ten obiektywny, chłodny język Milgrama jakim opisane są eksperymenty i reakcje ludzi, na których są wykonywane – to jest bardzo porażające. Warto przeczytać choćby fragmenty dostępne tutaj https://goo.gl/2aSnDE).
        Film z eksperymentu można obejrzeć tutaj https://goo.gl/bKxgGI)

        W tej książce w krótkim fragmencie pt. Naciski sytuacyjne (str 164-166) jest opisana propozycja eksperymentu dla każdego – może pozwoli komuś to trochę odczuć:

        „Naciski sytuacyjne
        Fundamentem wszystkich sytuacji społecznych jest sytuacyjna etykieta, która odgrywa rolę w regulacji zachowania. Aby przerwać eksperyment, osoba badana musi przełamać zbiór ukrytych interpretacji, które są częścią sytuacji społecznej. Złożyła ona wstępną obietnicę, że pomoże eksperymentatorowi, a teraz musi odstąpić od tego zobowiązania. Choć dla osoby postronnej akt odmowy podawania wstrząsów wynika ze względów moralnych, działanie to doświadczane jest przez osobę badaną jako zaniechanie zobowiązania wobec eksperymentatora, a takiego odrzucenia obowiązku niełatwo jest się podjąć. Istnieje drugi aspekt tej kwestii.

        Goffman (1959/2000) wskazuje, że każda sytuacja społeczna zbudowana jest na niepisanej zgodzie między jej uczestnikami. Jedną z jej naczelnych przesłanek jest to, że gdy definicja sytuacji zostanie już opracowana i uzgodniona przez uczestników, nie powinna być kwestionowana. Zakłócenie zaakceptowanej definicji przez jednego z uczestników rzeczywiście ma charakter naruszenia zasad moralnych. Otwarty konflikt, dotyczący definicji sytuacji, nigdy nie daje się pogodzić z uprzejmymi kontaktami społecznymi.

        Mówiąc bardziej precyzyjnie, według analizy Goffmana „społeczeństwo jest zorganizowane według zasady, że każda jednostka, która posiada pewne społeczne cechy, ma moralne prawo oczekiwać, że inni będą oceniali i traktowali ja w odpowiedni, zgodny z nimi sposób. […] Gdy jednostka formułuje definicje sytuacji, a następnie w sposób domniemany lub wprost twierdzi, że jest określonego rodzaju osobą, to stawia automatycznie moralne żądanie innym osobom, zobowiązując je do oceniania i traktowania jej w sposób, którego osoby jej pokroju mają prawo oczekiwać” (s.185). Ponieważ odmowa posłuszeństwa wobec eksperymentatora jest odrzuceniem jego roszczeń do posiadania kompetencji i władzy w tej sytuacji, z konieczności pociąga to za sobą poważne społeczne wykroczenie.

        Sytuacja eksperymentalna jest tak skonstruowana, że nie ma sposobu, który pozwoliłby osobie badanej przerwać podawanie uczniowi wstrząsów, nie naruszając autoprezentacji eksperymentatora. Nauczyciel nie może przerwać eksperymentu, chroniąc jednocześnie przekonania autorytetu na temat jego własnych kompetencji. Osoba badana boi się zatem, że jeśli przerwie, sprawi wrażenie aroganckiej, krnąbrnej i niegrzecznej. Takie emocje, choć wydają się mieć niewielki zasięg w porównaniu z przemocą stosowaną wobec ucznia, to jednak pomagają zobowiązać osobę badaną do posłuszeństwa. Wypełniają one umysł i odczucia osoby badanej, która na swoje nieszczęście ma w perspektywie konieczność sprzeciwienia się autorytetowi prosto w oczy. Cała perspektywa zwrócenia się przeciwko eksperymentalnej władzy, z towarzyszącym mu zakłóceniem dobrze zdefiniowanej sytuacji społecznej, powoduje zakłopotanie , z którym wiele osób nie jest w stanie sobie poradzić (patrz: Goffman, 1956; patrz Modigliani, 1968; 1971). Dla wielu badanych, którzy starają się uniknąć tej niezręcznej sytuacji, posłuszeństwo jest mniej bolesna alternatywą.

        Podczas zwyczajnych spotkań towarzyskich często podejmuje się środki ostrożności, aby zapobiec właśnie takim zakłóceniom sytuacji, jednak osoba badana znajduje się w sytuacji, w której nawet dyskretna dyplomacja nie może uchronić eksperymentatora przed podważeniem jego autorytetu. Jedynie posłuszeństwo może ocalić jego status i godność. Ciekawą rzeczą jest, że stopień współczucia ze strony osoby badanej i niechęć „urażenia” uczuć eksperymentatora, także należą do czynników wiążących, hamujących nieposłuszeństwo. Wycofanie tego rodzaju szacunku może być równie bolesne dla osoby badanej, jak dla władzy, której się przeciwstawia. Czytelnicy, którzy uważają to za trywialna uwagę, powinni przeprowadzić następujący eksperyment. Pomoże to odczuć im siłę hamowania, która działa na osobę badaną.

        Po pierwsze, pomyśl o osobie, dla której czujesz prawdziwy szacunek, najlepiej o kimś starszym od Ciebie co najmniej o pokolenie, kto reprezentuje autorytet w ważnej dziedzinie życia. Może to być szanowany profesor, drogi sercu kapłan lub, pod pewnymi warunkami, któreś z rodziców. Musi to być osoba, do której zwracasz się, używając jakiegoś tytułu, na przykład profesor Parsons, ojciec Paul czy dr Charles Brown. Musi to być osoba, która symbolizuje dla Ciebie powagę prawdziwego autorytetu i wobec której zachowujesz dystans. Aby zrozumieć, co oznacza naruszenie etykiety stosunków z autorytetem, musisz jedynie spotkać się z ta osobą, i zamiast użycia jej tytułu, niezależnie od tego, czy będzie to dr, profesor, czy ojciec, zwrócić się do niej po imieniu lub nawet stosując odpowiednie przezwisko. Możesz powiedzieć do dra Browna np.: „Dzień dobry, Charlie!”

        Gdy będziesz się do niego zbliżać, doświadczysz lęku i potężnego zahamowania, które może skutecznie zapobiec pomyślnemu zakończeniu eksperymentu. Możesz mówić sobie: „Po co mam przeprowadzać ten głupi eksperyment? Zawsze miałam/em dobre stosunki z dr Brownem, które mogą zostać teraz narażone na szwank. Czemu mam się mu wydawać osobą arogancką?”

        Jest bardziej niż prawdopodobne, że nie będziesz w stanie podjąć lekceważącego działania, jednak nawet próbując to zrobić, lepiej zrozumiesz uczucia, których doświadczają nasi badani.

        A zatem sytuacje społeczne – właśnie te elementy, z których zbudowane jest społeczeństwo – są stabilne dzięki działaniu pewnej sytuacyjnej etykiety, zgodnie z którą każda z osób respektuje definicję sytuacji przedstawioną przez inną osobę, unikając w ten sposób konfliktów, skrępowania i kłopotliwych zakłóceń interakcji społecznych. Najbardziej podstawowy aspekt tej etykiety nie dotyczy treści tego, co zdarza się pomiędzy poszczególnymi osobami, ale raczej utrzymania strukturalnych relacji między nimi. Mogą to być relacje równości lub hierarchii. Gdy sytuacja zdefiniowana jest jako hierarchiczna, każda próba zmiany zdefiniowanej struktury zostanie odebrana jako przekroczenie norm moralnych i wywoła lęk, wstyd, skrepowanie i obniżenie poczucia własnej wartości.”

        Ponownie Bóg zapłać.
        Grzegorz

        • Wlodzimierz Zatorski Post author

          Dzięki za przytoczenie owego eksperymentu Milgrama. Jest to bardzo ważne dla zrozumienia wielu sytuacji społecznych czy to w sektach, czy w polityce. Myślę, że dobrze opisuje naszą obecną sytuację w Polsce. Jest to przerażające, ale prawdziwe. Jednocześnie jest to podstawa do rządzenia społeczeństwem przez autokratów, a ostatecznie przez szatana. Warto, by każdy człowiek sobie z tego zdał sprawę i zobaczył ten mechanizm w sobie. Pewnie każdy w niego wpada w różnych sytuacjach. Potrzeba zdystansowania się do siebie i refleksji, aby się nie dać wciągnąć w taką grę.
          Włodzimierz OSB

  2. Grzegorz

    Jeszcze taki cytat za Rene Girard (z „Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica” s.32): „Ulegając mimetyzmowi, któremu poddają się wszyscy świadkowie Męki, Piotr nie różni się od swoich sąsiadów w tym sensie, w jakim każde psychologiczne wyjaśnienie wyróżnia tego, kto jest jego przedmiotem. Odwołanie się do tego rodzaju wyjaśnienia okazuje się jednak mniej niewinne, niż to się na pozór wydaje. Odrzucając interpretację mimetyczna, doszukując się w upadku Piotra przyczyn czysto indywidualnych, mimowolnie zapewne staramy się wykazać, że na miejscu Apostoła postąpilibyśmy inaczej, że nie zaparlibyśmy się Jezusa. To starsza wersja tego samego chwytu, który Jezus zarzuca faryzeuszom, kiedy widzi, jak wznoszą grobowce prorokom, zamordowanym przez swoich ojców. Pod spektakularnymi oznakami litości wobec ofiar naszych przodków często kryje się chęć usprawiedliwiania się ich kosztem: <>. Synowie powtarzają zbrodnie ojców właśnie dlatego, że czują nad nimi moralną wyższość. ta fałszywa różnica jest już mimetycznym złudzeniem nowoczesnego indywidualizmu, maksymalnym sprzeciwem wobec mimetycznej powtarzalności koncepcji stosunków między ludźmi, ale – paradoksalnie – to właśnie sprzeciw decyduje o tej powtarzalności.”

    Znalezione w prasie:
    https://goo.gl/sJgNc5

    Może trudna jest ta mowa, ale obraz mówi więcej niż 1000 słów.
    https://goo.gl/dLXOp6 i https://goo.gl/8HLAoD

    Grzegorz

    • Wlodzimierz Zatorski Post author

      Jednocześnie twierdzenie, że samemu by się nie zrobiło tego, co zrobili ojcowie, jest według Pana Jezusa potwierdzeniem tego, że się jest takim samym: Przez to sami przyznajecie, że jesteście potomkami tych, którzy mordowali proroków! (Mt 23,31). Wypieranie, negowanie prawdy o własnej nieprawości jest wręcz demonicznym mechanizmem, który prowadzi do zła. Dlatego uznanie w sobie zła, szczere wyznanie grzechów, jest warunkiem bez którego nie można prawdziwie spotkać się z Bogiem.

  3. Grzegorz

    PS. „Gdybyśmy żyli w czasach naszych ojców, powiadają sobie faryzeusze, nie przyłączylibyśmy się do nich, żeby przelać krew proroków.” (Mt 23,30)

    • Grzegorz

      W „Kroczyć za Mistrzem” Ojciec mówił, że nauka Jezusa jest prosta, ale to się nie mieści w głowie człowieka. Jak możemy pogodzić miłość nieprzyjaciół (Mt 5,45) i nienawiść do krewnych (Łk 14, 26), jak zaakceptować słowa o tym kto ma mi być bratem, siostrą i matką (Mk 3, 31-35) oraz o napomnieniu braterskim (Mt 18, 15-18). To koliduje z „naszymi” schematami, a jeśli coś uznamy za „nasze”, to obiektywne spojrzenie jest trudne. W tych schematach wyrośliśmy, jesteśmy do nich przywiązani i pewnie jak faryzeusze upieralibyśmy się, że to człowiek został ustanowiony dla tych „naszych” schematów, a nie schematy dla człowieka. Jest tu też podobieństwo do fragmentu z książki S. Milgrama „Posłuszeństwo wobec autorytetu” (ze str. 166), bo wydaje się, że nauka Jezusa „dotyczy treści tego, co zdarza się pomiędzy poszczególnymi osobami” czyli dotyczy relacji „ja-ty” o której Ojciec pisał, ale dla ludzi często ważniejsze jest „raczej utrzymanie strukturalnych relacji między nimi”, czyli relacja „ja-on/ona”, a więc ważniejsze są schematy.

      Przykładowo schematy dotyczące autorytetu rodziny, krewnych, choć uznawane za nienaruszalne, nadrzędne, to są jednak schematami i jak wszystkie schematy są niedoskonałe. Mogą zarówno chronić przed przemocą, jak też ją ułatwiać. Autokratyczny krewny będzie bronił zasady „człowiek dla schematu” w postaci „autorytetu krewnego” by móc „karmić się” swoimi bliskimi. Potem ci skrzywdzeni bliscy wobec następnych pokoleń mogą być tzw. „niewystarczająco dobrymi rodzicami” lub wprost stać się krzywdzicielami np. na zasadzie mechanizmu identyfikacji z agresorem. W patologicznych rodzinnych układach relacje „ja-ty” są pozorne i maskują rzeczywiste relacje „ja – on/ona”.

      W lepszym zrozumieniu „naszych” schematów pewnie pomógłby niejeden antropolog, a znalazłby się i taki który odsłoniłby swoją interpretację trudnych słów Jezusa. Mam też wrażenie, że można się trochę zbliżyć do zrozumienia tekstów o miłości nieprzyjaciół, o relacjach do krewnych przez poszerzenie perspektywy, przez dostrzeżenie i lepsze zrozumienie m.in. historii naszych przodków, ich bliskich, ich nieprzyjaciół. Szersza perspektywa sprawia, że zmienia się kontekst widzenia nas samych, naszych bliskich i naszych nieprzyjaciół. Dla mnie odsłania tu wiele audycja radiowa Dariusza Bugalskiego z prof. Katarzyną Schier „Trauma przekazywana pokoleniowo” (https://goo.gl/5goudL i bezpośredni link do nagrania: https://goo.gl/Xp9CCg) oraz wywiad z prof. Schier „Traumy przodków: Lepiej dziedziczyć blizny niż rany” (https://goo.gl/xzwo3T i znalezione notatki tutaj https://goo.gl/kJk3Cc ). Warto też posłuchać audycji o wampirach emocjonalnych (https://goo.gl/GQ76Nm – zdjęcie w linku trochę pretensjonalne, ale audycja taka nie jest, a link bezpośredni do nagrania tu https://goo.gl/iKj9k7). Zachęcam do kliknięcia, wg mnie naprawdę warto.

      Taka szersza perspektywa odsłania częściowo dramat nas ludzi. Rysuje się obraz, w którym powiązani rodzinnymi i społecznymi więzami, jak w sztafecie poprzez pokolenia przekazujemy nie tylko to co dobre, ale też kolejne krzywdy, i to najczęściej nieświadomie. I wykorzystujemy tu kulturowe schematy i wzorce, które przed przemocą zapewne miały chronić. Dlaczego to robimy? Mówi się, że ludzie z zaburzeniami osobowości postrzegają innych w sposób zniekształcony i nieświadomie stosują psychologiczne mechanizmy obronne. Ale tymi mechanizmami bronimy się przed czymś także my, ludzie którzy sądzą, że rzekomo nie żyją w iluzji. Między ludźmi „chorymi” a „zdrowymi” w stosowaniu tych zniekształceń występują pewne różnice, ale są to albo różnice ilościowe, albo różnice stopnia. To brzmi tragi-komicznie, że „zdrowi” to podobno ci, którzy stosują „dojrzałe mechanizmy obronne” (https://goo.gl/AXYYZY). Więc my zdrowi zniekształcamy rzeczywistość, interpretujemy, dopasowujemy człowieka do schematów. Korzystamy np. z dysocjacji (Orwell opisywał np. „czarnobiał”, „dwójmyślenie” itp. u „normalnych” ludzi), dodatkowo dozujemy sobie aleksytymię. Wtłaczając człowieka w schematy chronimy się m.in. przed przeróżnymi lękami, np. świadomością nieuchronnej śmierci. Żyjemy w świecie, w którym sami się oszukujemy i co więcej innych i sami siebie oszukujemy, że się nie oszukujemy. Lękamy się dostrzec prawdę o świecie, choćby o naszej z nim współpracy. Podobne to jest do sytuacji dzieci w patologicznych rodzinach, które czują przymus współpracy z „opiekunem” i samooszukiwania, bo uświadomienie prawdy innym i sobie ściągnęłoby gniew „opiekunów”, a ci mogliby wyrządzić krzywdy tym dzieciom i może ich słabszym bliskim (przy czym trzeba pamiętać, że ci „opiekunowie” mieli swoich „opiekunów”, oni „pra-opiekunów” itd). Pewnie Homo sovieticus wykształcił się jako pochodna lęku, kryzysów i traumy komunizmu. Możliwe, że traumatyczne przeżycia dotyczące śmierci lub krzywdy najbliższej rodziny ukształtowały (i kształtują nadal) sposób myślenia, postrzegania świata przez kluczowych liderów niektórych partii politycznych. Jesteśmy jak wielka dysfunkcjonalna rodzina, jak mówi często biskup Robert Barron (https://goo.gl/M4N6m8).

      Myślę, że poznając historie ludzi w sytuacjach granicznych możemy w jakimś stopniu uświadomić sobie część prawdy o nas samych, o pozorach naszych wyobrażeń, naszych iluzjach. Może to też pomóc nam przyjąć trudną prawdę, że w obliczu sytuacji krytycznej te iluzje, sztuczki obronne prysną jak bańka mydlana i ujrzymy świat bez złudzeń. A przecież sytuacja krytyczna może zdarzyć się każdemu z nas, a wówczas gdy nasze iluzje znikną, my ignoranci i krętacze będziemy całkowicie bezbronni, niezdolni do podjęcia odbudowy naszego życia, do powrotu do równowagi. Tu ciekawa jest rozmowa z dr Elżbietą Zdankiewicz-Ścigała „Jak przetrwać traumę? Scenariusz wyjścia z piekła” (https://goo.gl/qMk4ho i alternatywny link: https://goo.gl/imdKxQ). Np. ten fragment:
      „- Pytanie redakcji: Wyjść zwycięsko z traumy to oswoić lęk przed śmiercią? Przecież śmierć to jedyne, co na pewno nas w życiu spotka, każdy to wie.
      – E.Zdankiewicz-Ścigała: Wypieramy ze świadomości ten fakt, bo życie w ciągłym zagrożeniu pozbawione byłoby motywacji do życia. Zaprzeczając temu, że jesteśmy śmiertelni, popadamy w drugą skrajność. I właśnie trauma na moment odziera nas ze złudzenia. Dlatego jest tak bolesna i wywołuje tak silny lęk: biologiczny i egzystencjalny. Świadomość własnej śmiertelności nie musi jednak wywoływać zagrożenia, a motywować do życia z sensem. Doprowadzić do sytuacji, kiedy w tle mamy świadomość własnej skończoności w wymiarze biologicznym i dzięki temu szanujemy każdą godzinę swojego życia.”

      Mam wrażenie, że te trudne słowa Jezusa (często tłumaczone zdawkowo lub pomijane milczeniem) i ta trudna tematyka sytuacji granicznych mogą nam pomóc zrozumieć świat, innych, nas samych. Próby ich zrozumienia poszerzają naszą perspektywę, zmieniają kontekst rozumienia nas samych, ludzi których spotykamy w rodzinie, w pracy, o których czytamy lub widzimy w telewizji, Internecie. Taka zapewne jest też funkcji medytacji – poszerzanie perspektywy, bo dzięki medytacji dostrzegamy, że my to nie „nasze” schematy i że nigdy nie były „nasze”. Takich audycji jakie podesłałem można znaleźć bardzo dużo, np audycja o parentyfikacji (https://goo.gl/6QDXfc) albo wywiad pt. „Dorosłe dzieci” (https://goo.gl/RDuJCZ) oraz inna audycja pt. „Mordercy dusz” o zaburzeniu Borderline (https://goo.gl/CdA6GK). Najlepiej jednak dotrzeć do książek – np K. Schier pt. „Dorosłe dzieci” (https://goo.gl/a47fNN) i albo „Przemoc – uraz psychiczny i powrót do równowagi” Lewis Judith Herman (https://goo.gl/AGTTQ4) i wiele wiele innych. Przy okazji, sprawa dziedziczenia epigenetycznego wspomniana w audycjach i wywiadach nie jest jeszcze wystarczająco dobrze zbadana i trzeba traktować ją ostrożnie (https://goo.gl/1ceGRF).

      Znów dziękuję za te nagrania i dla Ojca Bóg zapłać.
      Grzegorz

      • Wlodzimierz Zatorski Post author

        Drogi Grzegorzu, piszesz tak długi tekst w jednym kawałku, że trudno na niego od razu odpowiedzieć w całości. Może na razie tyle:
        Odnośnie miłości nieprzyjaciół i „nienawiści” krewnych to oczywiście na pierwszy rzut oka te wypowiedzi są ze sobą w sprzeczności. Jednak aby zrozumieć, o co chodzi w Łk 14,26: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem (Łk 14,26), trzeba wiedzieć coś niecoś o języku hebrajskim. W nim nie ma pośrednich słów pomiędzy miłością i nienawiścią. Stąd jeżeli pojawia się różnica większej lub mniejszej miłości, używa się takiej formy. Właściwy sens tej wypowiedzi jest w redakcji Mateusza: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10,37). Jest to przykład na to, jak nie można czytać tekstów biblijnych w oderwaniu od kontekstu i innych tekstów. Innym przykładem na takie funkcjonowanie języka hebrajskiego jest wypowiedź w dłuższym wywodzie św. Pawła: jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści (Rz 9,13). Bóg nikogo nie ma w nienawiści w naszym rozumieniu, ale wybrał Jakuba, a nie wybrał Ezawa. Taki jest sens tej wypowiedzi.
        Z kolei to nie bardzo rozumiem na czym polega problem? Pan Jezus ustala nową zasadę rodzinności: rodziną są ci, którzy słuchają Boga i wypełniają Jego polecenia. Napomnienie braterskie dotyczy tych, którzy przekraczają to polecenie Boże, stąd stają się obcymi, czego wyrazem jest ich oddalenie czy wydalenie ze wspólnoty. I to jest logiczne. Natomiast trzymanie się struktur formalnych opartych na względach wobec określonych osób, jest zniewoleniem, brakiem autentyczności. Oczywiście każdy z nas w to wpada. Problem polega na tym, w czym, w jakim zakresie w to wpada? Czy dzieje się to jedynie w dziedzinie np. konwenansów, pewnych form zachowania towarzyskiego na zasadzie, co wolno, co wypada, a co nie należy lub nie wypada. Gorzej gdy chodzi o sprawy z zakresu przyznania się do wyższych wartości lub nie.
        Włodzimierz

    • Grzegorz

      Dodam wyjaśnienie, że w kontekście przykładów silnych więzów rodzinnych, które „na przekór wszystkiemu” jednak występują w rodzinach dysfunkcjonalnych (np takich o jakich opowiada p. prof. Schier w audycjach i w książce „Dorosłe dzieci” itp.) trudno mi zaakceptować słowa (a przede wszystkim ich konsekwencje) o tym kto ma mi być bratem, siostrą i matką (Mk 3, 31-35) oraz o napomnieniu braterskim (Mt 18, 15-18). Może to nielogiczne, choć powinno być, skoro napisałem, że rodzina to pewnego rodzaju schemat, struktura, a „wszystkie schematy są niedoskonałe”. I Ojciec ma rację, „trzymanie się struktur formalnych opartych na względach wobec określonych osób, jest zniewoleniem”. Wygląda na to, że w tym przypadku widać jak myślenie to jedno, ale przyjęcie to coś innego.
      Grzegorz

      • Grzegorz

        Po roku stopniowo zaczynam przyjmować słowa o nowych zasadach rodzinności i napomnieniu braterskim. Są prawdziwe.
        Pozdrawiam
        Grzegorz

        • Wlodzimierz Zatorski Post author

          To się cieszę. Serdecznie pozdrawiam. Br. Włodzimierz OSB

          • Grzegorz

            Chciałem dodać, że pomogło w tym zrozumienie zjawiska podwójnego wiązania (https://bit.ly/2Nvgiih), które po raz pierwszy opisał Gregory Bateson. Dotarło do mnie, że to było i próbuje być obecne nadal we mnie, innych i moich relacjach z innymi. Ale czuję, że w mniejszym lub większym stopniu dotyczyć może każdego z nas na poziomie konfliktów w rodzinie, społeczeństwie, w ogóle miedzy ludźmi. W wielu miejscach słowa Jezusa przypominają antidotum na wykorzystanie pewnych norm, wzorców przeciwko ludziom w oparciu o sytuacje zbliżone do podwójnych wiązań. Coś takiego jest także w: „Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2, 23-28). A przecież zamiast „szabat” można wstawić każdą zasadę, zwyczaj, wzorzec „obowiązujący” wśród ludzi, bo może on być użyty dla dobra człowieka jak i przeciw niemu (eksperyment Milgrama o „posłuszeństwie wobec autorytetu” ma w sobie coś ze sprawdzania uleganiu mechanizmowi podwójnego wiązania). W pułapce double-bind można znaleźć się na krótką chwilę, ale też tkwić w tych więzach całe życie. Jedni mogą żyć w poczuciu bezsilności, depresji, a inni w stanie samooszukiwania się, w złudzeniu poczucia kontroli nad swoim życiem i życiem innych.

            Double-bind i inne spostrzeżenia Batesona i jego kolegów na temat komunikacji były dla mnie ogromnie pomocne. Dlatego pozwalam sobie wpisać kilka linków. Niektóre nie są materiałem naukowym i mogą występować pewne sprzeczności, ale w każdym jest coś wartościowego. Może pomogą komuś innemu:
            https://bit.ly/2J49hBB,
            https://bit.ly/2zgDCxp,
            https://bit.ly/2J27DR5,
            https://bit.ly/2J3Iu8C,
            https://bit.ly/2MYfNwn,
            https://bit.ly/2u3CBUd,
            https://bit.ly/2KOfreh.

            Tu widać różnicę między wiązaniem pierwotnym (Primary-bind) i wtórnym (Secondary-bind), a to często jest niejasno sprecyzowane: https://bit.ly/2KY9wQB

            Pozdrawiam
            Grzegorz

    • Grzegorz

      Chciałem dodać kilka słów o empatii.

      Poczytałem i głównie posłuchałem kilku psychologów (prof. Paul’a Bloom’a, prof. Katrzyny Schier, prof. Marię Jarymowicz, dr Pawła Holasa) i wydaje mi się „że coś w tym jest”, że empatia, a właściwie kryjące się za nią mechanizmy (także nieświadome) pod pewnymi warunkami (np. przy odpowiednim poziomie dysfunkcjonalności na poziomie rodzinnym, społecznym itp.) ułatwiają praktyczną realizację emocjonalnego zniewolenia ludzi. Przy spełnieniu pewnych warunków mechanizmy empatii emocjonalnej ułatwiają wmówienie ludziom (i wielu w to wierzy), że uleganie temu zniewoleniu jest np. realizacją nakazów moralności, współczuciem, życzliwością, patriotyzmem, opieką wobec bliskich, a nawet miłością bliźniego.

      Ojciec w jednej z konferencji cytował Paul’a Ricoeur’a, który mówił o wielkim zagrożeniu „kłamstwem przedwczesnych syntez”. Sam jestem całkowicie niekompetentny by formułować jakąkolwiek syntezę, ale mam wrażenie, że „jest coś w tym”, że jest jakieś zafałszowanie w idealizowaniu empatii. Czyta się, że cześć mechanizmów empatii wydaje się warunkować prawidłowy rozwój małych dzieci, ich zdolność do tworzenia relacji z innymi ludźmi w przyszłości, zaś zaburzenia okazywania empatii w tym okresie może prowadzić do rozwoju zaburzeń osobowości. Wielu uważa empatię za uniwersalną, jednoznacznie pozytywną. Niektórzy widzą w zdolności do niej coś, co odróżnia dobrych ludzi od złych ludzi. Niektórzy nawet uważają, że im bardziej bezrefleksyjnie, spontanicznie jej ulegamy tym jesteśmy bardziej autentyczni, szczerzy, że jesteśmy prawdziwie dobrzy. Czasem ludzie (którzy jej żądają od innych i ci którzy tym żądaniom ulegają) mogą ją traktować, jakby była podstawą przykazania „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mt 22,39).

      Określenie empatia jest powszechnie stosowanym uogólnieniem, ale tak naprawdę za tym określeniem skrywają się rożne mechanizmy, z których psychologowie wymieniają głównie dwa. Pierwszym jest empatia emocjonalna (zdolność odczuwania stanów psychicznych innych osób), która jest mechanizmem poza-wolicjonalnym. Drugim jest empatia poznawcza (umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość), która jest mechanizmem wolicjonalnym.

      Ten niepokojący rys empatii poczułem, gdy ponownie posłuchałem jednej z audycji i znowu „odkryłem” coś co zawsze tam było. We fragmencie nagrania o wampirach emocjonalnych (link bezpośredni https://goo.gl/iKj9k7 fragment: od 34:45 do 36:30) prof. Katarzyna Schier zauważa, że w dysfunkcjonalnej rodzinie zdarza się, że przesadnie empatyczne osoby musiały stale śledzić stan umysłu dysfunkcjonalnego rodzica, co jest dla nich bardzo obciążające. Poza tym osoby o tendencjach wampirycznych przedstawiają się często, jako potrzebujące opieki dziecko (co nie jest sprzecznością, bo psychicznie, emocjonalnie pozostają one na poziomie 1,5 rocznego dziecka). Jest to przekleństwem dla ludzi przesadnie empatycznych, np. tzw. dorosłych dzieci, w których budzi się potrzeba, by takimi ludźmi się zajmować. Potem te przesadnie empatyczne osoby chcą powiedzieć nie, albo oczekują wzajemności, ale niczego nie dostaną, bo jest to niemożliwe ze strony osób o cechach wampirycznych.

      Po tym fragmencie spróbowałem coś więcej wyszukać w temacie empatii i … jak na zawołanie trafiłem znów na Dariusza Bugalskiego, który w audycji „Czy bez empatii żyłoby nam się lepiej?” rozmawia o nowej książce „Przeciw empatii” amerykańskiego psychologa Paul’a Bloom’a (link https://goo.gl/So9UFB, a bezpośredni link do audycji tu: https://goo.gl/HE41Yz). Naprawdę warto posłuchać.

      W audycji jest mnóstwo interesujących wątków, ale dla mnie szczególnie znacząca jest wypowiedź prof. Marii Jarymowicz, gdy mówi o nieświadomych mechanizmach funkcjonujących w ludziach w czasie działania empatii emocjonalnej. Zauważa ona, że Paul Bloom w swojej książce mówi o czymś, „co nazywa się (…) empatią emocjonalną w odróżnieniu od empatii poznawczej. Najlepsze słowniki świata łączą to, czego psycholog nie może połączyć (bo chodzi o dwa różne zjawiska), mówiąc że empatia, to jest zdolność współodczuwania i rozumienia drugiego człowieka. Empatia emocjonalna to jest poza-wolicjonalna reakcja (jeśli chodzi o pierwotne formy) polegająca na tym, że rzeczywiście możemy współodczuwać czyjś stan. (…) Chodzi o to, ze są takie systemy, w tym także związane głównie z neuronami lustrzanymi, że odbierany sygnał, głównie mimiczny, ale także całej mowy ciała będącej ekspresją jakiegoś stanu emocjonalnego drugiego człowieka, nasz mózg jest w stanie odczytać automatycznie bez naszego pośrednictwa, a odczytanie (nie wchodząc w szczegóły) daje taki efekt, że pojawia się jak gdyby na ten sam bodziec podobna reakcja w nas samych. Część takiej komunikacji może przebiegać w sposób nawet niezauważany.”

      Warto obejrzeć wykład Paul’a Bloom’a na temat empatii wygłoszony w ramach niedawnego Copernicus Festival (pod tym linkiem https://goo.gl/k7U8Yn), w którym pokazuje wąski zakres działania empatii emocjonalnej i kierowanie jej do jednych zakłada odmówienie jej innym. Mówi, że empatię emocjonalną kierujemy do ludzi nam bliskich, do ludzi atrakcyjnych, nam przychylnych. Że kierujemy empatię tak, by samemu poczuć jakiegoś rodzaju gratyfikację. Ciekawe są fragmenty końcowe, kiedy z sali padają pytania, na które Bloom odpowiada. Przyznaje m.in., że za prowokacyjnym tytułem książki, pewnymi prowokacyjnymi tezami ma swój ukryty plan, by promować racjonalne rozważania m.in. gdy chodzi o politykę, o moralność. Dlatego chciał pokazać przykłady pokazujące emocje, które mogą wywieźć nas w pole. Książki nie czytałem, ale jest też sporo artykułów Bloom’a w Internecie (np ten w Znaku – link https://goo.gl/cnMNNY).

      Generalnie nie chodzi o to, że w temacie empatii i innych kwestiach we wszystkim przytakuję Bloomowi albo innym psychologom. Ale czuję, że prof. Katarzyna Schier ma rację, gdy pokazuje pułapki w jakie wpadają zbyt empatyczni ludzie w kontakcie z osobami o cechach wampiryzmu emocjonalnego. Mam poczucie, że empatia rzeczywiście ma swoją ciemną stronę i to co psychologowie mówią o negatywnych skutkach funkcjonowania nieświadomych mechanizmów empatii emocjonalnej, także książka Blooma i jej wydźwięk przyczynia się do dekonstrukcji rozumienia empatii idealizowanej przez bardzo wielu ludzi i przez umożliwiającej sterowanie ludźmi bez ich świadomości. Nieświadome mechanizmy empatii emocjonalnej mogą prowadzić do dobrego lub złego i mogą być wykorzystane np. przez autokratyzmy do sterowania jednostkami podatnymi na wpływ tej empatii. Można sterować ludźmi świadomie albo nieświadomie. Takie nieświadome mechanizmy empatii emocjonalnej można chyba dostrzec w relacji kierującego eksperymentem i „nauczyciela” z eksperymentu Stanleya Milgrama. Te mechanizmy mogli wzbudzać liderzy państw faszystowskich, komunistycznych, i wielu współczesnych partii (każda w swoim stylu), reklamodawcy, telemarketerzy, albo krewni – rodziców, rodzeństwa i dzieci nie wyłączając. Wymownym przykładem są charyzmatyczni przywódcy organizacji nacjonalistycznych, np pewien suspendowany duchowny, którego wystąpienia doprowadzają wielu ludzi do całej gamy emocji, od łez po wymachiwanie pięściami, flagami i do poczucia mocy (wachlarz tych środków aktywujących nieświadome mechanizmy empatii emocjonalnej można oglądać w niezliczonych ilościach na youtubie).

      Kiedy tak piszę te moje grafomańskie wynurzenia o nieświadomych mechanizmach empatii emocjonalnej i tkwiącym w niej potencjale prowadzącym zarówno do dobra jak i do zła, to mam wrażenie, że to jakoś wpisuje się w dynamizmy, które Rene Girard uogólniał do nieświadomego mechanizmu mimetycznego pragnienia, który „działa dzięki nieświadomości zaangażowanych weń podmiotów i może być przez nie przejmowany „przez osmozę” z kultury” (fragment z recenzji „Mitu i prawdy kultury” Jacka Bolewskiego – link https://goo.gl/PDhveF). Sam Girard w „Początkach kultury” s. 65-66 powiedział tak:
      „Mimetyczny charakter pragnienia może umykać naszej uwadze, ponieważ mało odwołujemy się do pierwszych etapów ludzkiego rozwoju. Nie sposób oddzielić naśladowania od uczenia się. Słowa „naśladować” używa się normalnie w odniesieniu do tego, co uważa się za nieautentyczne – i niewykluczone, że właśnie dlatego w naukach humanistycznych nie ma prawdziwej teorii działania psychologicznego, która wyjaśniałaby zachowania naśladowcze. Podczas dyskusji na temat hipotez mimetycznych Paul Ricoeur porównał osobę przejawiającą zachowania naśladowcze do bawiącego się dziecka, przez co chciał powiedzieć, że osoba ta nie jest panem własnych czynów; i to prawda, że w naśladowaniu zawsze jest element „nieświadomości”. Większość teorii, na przykład teoria Piageta, ogranicza te zachowania do pierwszych etapów psychologicznego rozwoju jednostki i rzadko widzi je w wieku dorosłym. Nie potrafimy przyznać, że podziwiamy tych, których naśladujemy. Widzimy w tym coś wstydliwego. Widząc tę lukę w rozumieniu mimesis, zadałem sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby mówić o naśladowaniu, wracając do początków greckiej filozofii, do Platona. Kiedy Platon w Państwie mówi o naśladowaniu, pojawia się tam niespodziewanie obraz zwierciadła jako jeden ze znaków kryzysu mimetycznego: zapowiada on pojawienie się sobowtórów. Platon odczuwa lęk przed mimesis. Przeczuwa niebezpieczeństwo konfliktu czającego się za pewnymi praktykami naśladowczymi, niebezpieczeństwo, które nie ogranicza się tylko do sztuki, lecz może pojawić się w każdej chwili, kiedy tylko razem przebywają co najmniej dwie osoby. Nigdzie nie wyjaśnia, co dokładnie ma na myśli.” (więcej https://goo.gl/XMoL1K).

      Z Panem Bogiem
      Grzegorz

  4. Grzegorz

    W uzupełnieniu do tematu empatii emocjonalnej i nieświadomego naśladowania może kogoś zainteresuje wykład dr Wojciecha Kuleszy o badaniach w zakresie naśladownictwa – link tutaj https://goo.gl/7ukm8m, albo nagranie rozmowy w tym temacie https://goo.gl/nS8zrC). Z wszystkim co mówi dr Wojciech Kulesza nie musimy się zgadzać. W niektórych stwierdzeniach/dygresjach raczej poszedł za daleko (z tego że coś jest podobno nie wynika, że to coś powinno być). Ale wygląda na to, że „coś jest” w nieświadomym naśladownictwie i jest tego dużo, dużo więcej niż nam się wydawało, i nasze ego chciałoby przyznać.

    Dr Kulesza mówi m.in. że choć zagadnienie naśladowania było jedną z pierwszych tez, to jednak psychologia zajmuje się tym dopiero ostatnio – naśladownictwo to nie jest nowa myśl, ale dopiero niedawno na nowo odkryta. Na uwagę zasługuje przytaczanie przez niego potencjalnych negatywnych konsekwencji mechanizmów naśladownictwa Jak pisze we wstępie do swojej książki ( https://goo.gl/LJ1rz9 ), kilka (!!!) obecnych na anglojęzycznym rynku wydawniczym prac pomija niektóre ważne obszary, m.in. „nie wskazuje się w nich na możliwość poważnych start jakie niesie naśladownictwo” (w swojej książce „Efekt kameleona” o negatywnych konsekwencjach naśladownictwa pisze w m.in. rozdziale 4-tym).

    W wykładzie dr Kuleszy, ale przede wszystkim w książce wiele jest przykładów pokazujących powszechność postawy o której Ojciec wspomina, czyli że ludzie chcą „być ok” i by inni też „byli ok”. Chcemy „czuć się bezpiecznie”, czuć że „jesteśmy lubiani” (jak mówił bohater filmu Zelig grany przez Woody Allena). Nieświadomie naśladujemy, dostosowujemy się do „jakichś wzorców”, które też jak Ojciec mówił w „Kroczyć za mistrzem” nieświadomie wybieramy. W konsekwencji pozwalamy, by te nieświadome wzorce za nas wybierały co/kogo mamy dalej naśladować.

    Grzegorz

  5. Grzegorz

    PS. Kiedy posłuchamy/poczytamy dr Kuleszę badającego naśladownictwo/mimetyzm wtedy lepiej zrozumiemy co miał na myśli Rene Girard w swojej krótkiej analizie Ewangelii o zaparciu się Piotra (https://goo.gl/3a2dxf).

    Grzegorz

  6. Joanna

    W nawiązaniu do konferencji „W życiu chodzi o życie” to w/ g mnie żeby zaistniało to wszystko o czym ojciec mówi trzeba nauczyć się najpierw słuchać. Przecież siłą woli człowiek nie stanie się raptem radosny, pokojowo nastawiony do innych, cierpliwy, skromny, życzliwy itd. Musi to wypływać z wnętrza a nie być czymś co się przykleiło od zewnątrz. Jeśli w życiu ma chodzić o życie to warto utracić to o co człowiek najbardziej walczy czyli uznanie w oczach innych za czym kryje się próżna chwała. I paradoksalnie zostaje w końcu człowiek sam a jednak nie sam i o to przecież chodzi.

    • Wlodzimierz Zatorski Post author

      Słuszne uważasz, że pierwsze jest słuchanie. W Regule św. Benedykt na początku w Prologu pisze:
      8 Powstańmy więc wreszcie, skoro Pismo Święte zachęca nas słowami: Teraz nadeszła dla nas godzina powstania ze snu (Rz 13,11). 9 Otwórzmy nasze oczy na przebóstwiające światło, a nasze uszy na głos Boży, który nas codziennie napomina wołając: 10 Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: nie zatwardzajcie serc waszych (Ps 96,8). 11 I znowu: Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów (Ap 2,7). 12 A co mówi? Pójdźcie, synowie, słuchajcie mnie, nauczę was bojaźni Pańskiej. 13 Biegnijcie, dopóki macie światłość życia, aby ciemności śmierci was nie ogarnęły (Ps 34[33],12; J 12,35).
      14 Pośród licznego tłumu, któremu Pan mówi te słowa, szuka On sobie współpracownika i raz jeszcze powtarza: 15 Któż jest człowiekiem, co miłuje życie i pragnie widzieć dni szczęśliwe? (Ps 33,13 Wlg). 16 Jeśli słysząc to, odpowiesz: “Ja”, rzecze ci Bóg: 17 Skoro chcesz mieć prawdziwe i wieczne życie, powściągnij swój język od złego, od słów podstępnych twe wargi. Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim (Ps 34[33],14–15). 18 Gdy tak będziecie postępować, oczy Moje zwrócone będą na was, a uszy moje otwarte na prośby wasze. I zanim mnie wezwiecie, powiem: «Oto jestem» (Iz 58,9). 19 Cóż dla nas milszego, bracia najdrożsi, nad ten Boży głos zaproszenia? 20 Oto w swej łaskawości Pan sam ukazuje nam drogę życia (RegBen Prol 8-19).
      To usłyszenie wezwanie i odpowiedź na nie staje się podstawą do dialogu z Bogiem i wyjściem z letargu ku życiu.

  7. Joanna

    Ponieważ słucham tych konferencji po kolei zaczynając od najstarszych, to co ojciec napisał o słuchaniu faktycznie zostało zasygnalizowane w kolejnej konferencji więc może powinnam najpierw wszystkiego wysłuchać a potem ewentualnie coś napisać. Ale ponieważ mam na gorąco przemyślenia chciałam się odnieść do kolejnej sprawy mianowicie spowiedzi i kierownika/ojca duchowego. Miałam kiedyś taką sytuację, że była potrzeba podzielenia się czy wyjawienia tego co mnie powiedzmy dręczyło w badaniu własnego wnętrza, a ksiądz ewidentnie zapytał: ale gdzie grzechy? Nie to że zmyślałam bo trudno się raz wyspowiadać z próżności żeby minęła bezpowrotnie, tak samo pycha. Ksiądz w konfesjonale przynajmniej u mnie w kościele czeka na grzechy konkretne, a na porozmawianie to się trzeba umówić tylko że ja nie wiem czy to jest to samo, bo ja mogę mieć już zupełnie inne nastawienie do tego z czym przyszłam akurat w danej chwili. Dlatego uważam że dobry spowiednik to taki, który ma w sobie gotowość do wysłuchania człowieka w każdym momencie a nie akurat w środę między 16-tą a 17.15. Odnośnie jeszcze dewocji. Gdyby do mojego ko§ciała gdzie chodzę, wszedł ktoś obojętne o której godzinie no może z wyjątkiem nocy bo zamknięte, to tam zawsze siedzi i modli się kilka lub kilkanaście przeważnie kobiet. Skąd wiadomo dlaczego one ciągle tam są? Żeby odnaleźć się w życiu tam gdzie się jest, to czasem trzeba na chwilę zaburzyć te proporcje czyli w pracy od do, potem do domu, pranie, gotowanie itp. Czasem trzeba znaleźć ten dystans żeby odnaleźć sens, więc trzeba się na chwilę oddalić, Pan Jezus też szedł na pustynię. Gdyby jakiś ksiądz wszedł do kościoła i rozgonił te kobiety żeby szły do domu do męża i dzieci to byłby zwyczajnie głupi.

  8. Joanna

    Pisze ojciec o świadomym wyborze ojca duchowego i ja się z tym zgadzam. Ale w takim razie jak traktować pouczenia które dostaje się od przypadkowych ludzi? W jednym z apoftegmatów Ojców Pustyni starca poucza przypadkowo spotkane dziecko i on pokornie przyjmuje to do siebie. Mówi też ojciec o tym, że dany przewodnik może być na jakiś czas potem trzeba szukać dalej. Czyli wynika z tego, że powinno się zamknąć na słuchanie właśnie przypadkowo spotkanych ludzi? Idąc dalej tym tropem do spowiedzi mogę iść do każdego księdza co siedzi akurat w konfesjonale i przyznam że ja tak robię. Nie zaglądam przez kratki kto siedzi w środku, to co usłyszę traktuję poważnie. Jak nie do końca jestem zadowolona zrzucam to na karb tego, że to ja źle przekazałam co chcę powiedzieć.

    • Grzegorz

      Cześć Joanna,
      Pozwolę sobie tylko napisać, że przez parę miesięcy od mojego pierwszego wpisu na tym forum i odpowiedzi Ojca Włodzimierza wypisywałem tu sporo bardziej i mniej pokręconych komentarzy. Aż któregoś dnia obudziłem się rano i rozjaśniło mi się dlaczego to wszystko napisałem. Dotarło do mnie też, że Ojciec Włodzimierz na te wszystkie moje pytania odpowiedział za pierwszym razem. Do tej odpowiedzi dodałbym tylko „i bliskich” i odpowiedź byłaby pełniejsza:
      „Mechanizm wypierania trudnej prawdy o sobie (i bliskich) jest ogromną siłą. Bierze się ona z braku zrozumienia, że Bóg jest miłością. Dopiero odkrycie tej prawdy we własnym doświadczeniu pozwala wyzwolić się od lęku przed uznaniem własnej słabości.”

      Trudno mi było uwierzyć, że ktoś taki jak Bóg może mnie pokochać.

      Pozdrawiam
      Grzegorz

    • Wlodzimierz Zatorski Post author

      Droga Joanno, przepraszam, że nie odpisałem od razu, ale niestety nie mam zbyt wiele czasu.
      Odnośnie do wyboru spowiednika i przewodnika duchowego, to trzeba pamiętać zasadniczo, że przewodnikiem prawdziwym jest Duch Święty, a nie człowiek. Zatem chodzi o słuchanie głosu Ducha Świętego. Przewodnictwo duchowe jest charyzmatem, darem od Ducha dla innych osób. Potrzebne jest zatem rozeznanie duchowe wpierw u ucznia: kto ma charyzmat prowadzenia duchowego dla mnie?, a ponadto od wybranego ojca duchowego: jakie jest przesłanie dla tego ucznia?
      Jeżeli tak, to wpierw trzeba posłuchać, co określony kapłan mówi podczas homilii lub w innych okolicznościach. Jeżeli poczujesz, że ma słowo trafiające do Ciebie, to warto spróbować pójść z nim porozmawiać. Ta rozmowa duchowa powinna Ci dać dalszą możliwość rozeznania. Niestety znam wiele przypadków złego spowiadania, zrażania ludzi do Kościoła i Pana Boga. Dlatego przypadkowy spowiednik nie jest z definicji dobrym ojcem duchowym. To trzeba rozpoznać. Czasem trzeba dłużej szukać.
      Rozwijając się możemy wyczuć, że możliwości tego ojca duchowego się dla nas wyczerpały, przynajmniej jak na razie. Dlatego trzeba szukać dalej. Jest to tym bardziej ważne, że wszyscy lubimy wpadać w rutynę, która niestety nie daje świeżego, otwartego spojrzenia na rozpoznawaną sytuację.
      Serdecznie pozdrawiam. Niech Duch prowadzi.
      Ps. kiedyś napisałem książkę: „Rozeznanie duchowe”.

      • Joanna

        Dziękuję ojcu za odpowiedź i możliwość dostępu do ojca konferencji i homilii drogą internetową, na chwilę obecną to jest dobry kierunek dla mnie żeby tam szukać odpowiedzi i podpowiedzi. Odkryłam również w swojej domowej biblioteczce autorstwa ojca „Pieśni dla Pana” które aktualnie czytam, kiedyś zamówiłam parę książek ta widocznie czekała na swój czas, po ” Rozeznanie duchowe” też chętnie sięgnę, dziękuję za polecenie.
        Przed rutyną strzeż mnie Panie!

        pozdrawiam ojca serdecznie

  9. Joanna

    Cześć Grzegorzu, tak masz rację, mój mąż ma rację i moje dzieci mają rację tylko ja nie daję im dojść do głosu zachwycając się tymczasem ojcami pustyni.Dziękuję, kamień z serca. Pozdrowienia!:)

  10. Dominik

    Szczęść Boże!
    Czy będzie możliwość przesłuchania konferencji wygłoszonej przez Ojca na Tynieckim Dniu Skupienia 17.03.18? Wiem, że Ojciec nagrywał ją i mówił że jak by ktoś chciał to będzie do przesłuchania, ale na razie na stronie jej nie widzę, chyba że ma inny tytuł niż na temacie spotkania, w takim razie prosiłbym o wskazanie która to jest ;).
    Serdecznie pozdrawiam z Istebnej 🙂

    • Wlodzimierz Zatorski Post author

      Drogi Dominiku,
      konferencję mogę Ci przesłać na maila. Ponieważ jest ona nieobrobiona i nie jest najlepszej jakości, wolałbym jej nie publikować. Jednak indywidualnie mógłbym ją wysłać. Ponadto wówczas wygłosiłem dwie konferencje: Dar wolności, Duchy zła i przeprowadziłem lectio divina. Co Cię interesuje? O której konferencji piszesz? Serdecznie pozdrawiam.

Skomentuj

Twój e-mail nie będzie widoczny. Pamiętaj! Uzupełnij obowiązkowe pola oznaczone *

© 2015 Włodzimierz Zatorski OSB. Wszelkie prawa zastrzeżone © Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC