Praktyka medytacji

„Medytować to znaczy być obecnym, ale przed Bogiem” (Romana Guardini). Praktyka medytacji to ćwiczenie się w takiej obecności. Na drodze do medytacji napotykamy bardzo wielkie wewnętrzne trudności, dlatego praktyka medytacji jest jest bardzo ważnym wysiłkiem duchowym. Ostatecznie właśnie nasze spotkanie z Bogiem rozstrzyga o naszym życiu w wymiarze wiecznym.

Modlitwa serca

Kilka krótkich fragmentów z konferencji na temat medytacji może pomóc lepiej ją zrozumieć.

komentarzy ( 12 )
  1. Paulina

    Nawiązując do tego, co Ojciec mówi o interesowności, która zabija medytację, chciałabym zapytać, czy widzi Ojciec szansę na stopniowe oczyszczanie modlitwy z takich właśnie interesów i oczekiwań o charakterze przede wszystkim emocjonalnym? Czy jest możliwe, by ktoś, kto rzeczywiście rozpoczął tę praktykę w poszukiwaniu ratunku i ukojenia, wytrwał w niej i kontynuował ją już z innym nastawieniem – z gotowością na cierpliwe trwanie, wytrzymywanie z sobą samym przed Bogiem? A może fakt obrania takiego kierunku w trwodze i rozpaczy już zawsze będzie naznaczał modlitwę zbyt dużą emocjonalnością i czynił modlącego się niestałym i podatnym na załamania? Czy poza wytrwałością i podtrzymywaniem pozostałych filarów życia są jakieś wskazówki w tej materii?

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Paulino zawsze nasze nastawienie i oczekiwania są niedoskonałe i należy je zmieniać. Tak już jest w każdej dziedzinie życia. Na tym polega rozwój. Jeżeli człowiek nie zmienia się w swoich oczekiwaniach i nastawieniach, jest martwy i właściwie trudno z nim się dogadać. Takie postawy mają często psychopaci, paranoicy. To są choroby. Ks. Józef Tischner mówił, że „jedynie krowa nie zmienia swojego stosunku do trawy na łące”. Człowiek się zmienia i tak musi być, bo zmieniają się jego doświadczenia, perspektywa patrzenia, dojrzałość itd.

  2. Paulina

    Drogi Ojcze! Dziękuję za odpowiedź. Po jej przeczytaniu doszłam do wniosku, że moje pytanie było głupie. Po powtórnym namyśle stwierdzam jednak, że albo na świecie jest dużo więcej krów, niż myślałam, a i ja sama wiele wspólnego mam z tym zwierzęciem, albo jednak często ludzie zamykają się w swoich przekonaniach i postawach, ewentualnie pozorują zmiany. Te prawdziwe bywają niezwykle trudne (wiem, nie sugerował Ojciec, że są łatwe). Szczególnie wymagająca wydaje mi się zmiana postaw: mimo ideałów i powziętych decyzji często zachowujemy się w dany sposób jakby automatycznie, zgodnie z wdrukowanym schematem. Każdy z nas ma przecież jakieś właściwości psychiczne, które na to wpływają.

    I tak, wracając do medytacji, jeśli jest ona trwaniem przed Bogiem w postawie nadziei, to ktoś skłonny do smutku i rezygnacji inaczej będzie medytował niż spokojny optymista, dla którego nadzieja jest czymś naturalnym. A może takie porównanie jest w ogóle nie na miejscu? Intuicyjnie czuję, że na tym modlitwa polega, by stawać do niej właśnie takim, jak się jest, bez retuszu. Zresztą Ojciec też wielokrotnie o tym przypomina. Ale z drugiej strony, przystępując do niej w przygnębieniu, trudno nie zadawać sobie pytania, czy to jest w ogóle modlitwa? Czy stając przed Bogiem, źródłem Nadziei i Miłości, można być przygnębionym? Pamiętając, że całe nasze życie przed Nim się rozgrywa, czy można w ogóle być przygnębionym? Właściwie, jeśli tak się dzieje, można chyba mówić o jakimś absolutnym niezrozumieniu i małoduszności. A jednak (nie wiem, może to nie dotyczy wszystkich) bywa się przygnębionym, czasem nawet bardzo.

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Paulino, wydaje się, że rzeczywiście większość ludzi lubi w uproszczony sposób widzieć świat i życie na nim. Dlatego trzymają się schematów. Zresztą politycy, a także w innych dziedzinach tworzy się ludziom takie schematy, na potrzeby ich życia, aby mieli poczucie, że się orientują w jakiejś dziedzinie. Jest to o tyle naturalne, że poczynając od poziomu biologicznego funkcjonujemy w ten sposób, że wiele informacji eliminujemy, a przyjmujemy jedynie określone z nich trzymając się jakiegoś schematu. Inaczej wielość informacji by nas zniszczyła. Bardzo potrzebujemy jakiś uproszczeń, schematów, syntez. Jest to naturalne. Problem polega na tym, że lubimy się tych schematów uparcie trzymać i uznajemy je za prawdę po prostu. Natomiast one mają charakter roboczy i powinny być nieustannie korygowane, gdy przyjdzie na to czas. Zło polega na upartym trzymaniu się tych uproszczeń, bo to zwalnia nas od szukania prawdy i pogłębianie jej.
      W medytacji staramy się trwać w obecności Boga, ale nie przyjmujemy z góry żadnego modelu takiego trwania, czy efektu, jaki medytacja miałaby osiągnąć. Nadzieja, jaką w medytacji mamy, nie odnosi się do określonego stanu psychicznego, czy duchowego, ale do prawdy bez określenia, jak miałaby ona wyglądać. Bóg jest większy niż sobie z tego zdajemy sprawę.
      Nasz smutek jest jakąś prawdą o nas. On z czegoś wynika. Zazwyczaj jest wynikiem rozdarcia wynikłego z braku realizacji pragnienia, jaki w sobie nosimy. Przy czym temu pragnieniu najczęściej nadajemy określony kształt. Przed Bogiem musimy stanąć w prawdzie egzystencjalnej i dlatego nie możemy weselić się wówczas, gdy jest nam smutno. Kiedy Pan Jezus modlił się w Ogrójcu czy na krzyżu, to przecież był w smutku i nie starał się być radosnym. Taka była sytuacja i jego ludzkie przeżywanie w tym czasie.
      Bóg jeżeli będzie chciał, to nas pocieszy. Osobiście uważam, że prawda rzeczywiście wyzwala i daje życie, a z nim radość, ale zanim do tego dojdzie, musimy się skonfrontować ze smutną prawdą o nas samych. Na jej tle dopiero możemy w pełni zrozumieć, że jedyną naszą nadzieją jest Boże miłosierdzie i jednocześnie odkrywamy, że On rzeczywiście jest miłosierny. Przyjęcie tej prawdy i powierzenie się jej daje nam życie i radość, jakiej nic nie jest w stanie nam odebrać. Zob. Rz 8,31–38.
      Przestań się moralnie obciążać, że nie jesteś taką, jaką „powinnaś być”, bo jeszcze nie wiesz, jaką „powinnaś być”. To wie tylko Bóg i jemu trzeba pozwolić, by to w nas zrealizował.

  3. Paulina

    Serdecznie dziękuję za tę odpowiedź.

  4. Paulina

    Dziękuję serdecznie za tę odpowiedź.

  5. Jarek

    Paulino,
    w moim przypadku, kiedy zacząłem praktykować medytację, to okazało się po niedługim czasie, że wcale niepotrzebne było mi wcześniejsze myślenie, a jak to jest, a jak to będzie, nawet przeczytanie książek o medytacji niewiele mi dało, a przynajmniej wcale nie było niezbędne. Po prostu zacząłem i praktykuję. Okazuje się, że Bóg i tak każdego prowadzi inaczej, więc jakieś schematy książkowe, czy wypowiedzi innych ludzi są zbędne. Medytacja to doświadczenie, więc jeżeli masz jakieś pytania lub wątpliwości, to doświadcz tej odpowiedzi. Zobacz jak Bóg Cię poprowadzi! Ważne – pomocne jest też mieć kontakt z osobą która praktykuje dłużej niż my, bo wtedy można liczyć na wsparcie.

    Powodzenia!
    Jarek

  6. Paulina

    Jarku,

    dziękuję za Twoją uwagę. Moje pytania związane były z praktyką medytacji i z życiem po prostu. Zgadzam się z Tobą, że czytanie i słuchanie o medytacji jest niczym bez doświadczenia. Ale nie zgadzam się, że pisanie i mówienie (a więc także czytanie i słuchanie) na ten temat w ogóle jest zbędne. Sądzę, że wypowiedź kogoś bardziej doświadczonego jest cennym dopełnieniem własnej praktyki. Jedno dzięki drugiemu nabiera głębszego sensu. Kiedy sięgnęłam po „Chmurę niewiedzy”, uderzyło mnie, z jak wielką precyzją i subtelnością opisywane są zawiłości tego, co dzieje się w człowieku w czasie modlitwy! Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. W powiązaniu z własnym doświadczeniem ten tekst (i wiele innych) nabiera właściwej głębi.

    Bardzo dziękuję jednak za wypunktowanie niebezpieczeństwa teoretyzowania.

  7. Jarek

    Paulino,

    moja wypowiedź, to raczej podzielenie się doświadczeniem i taką zachętą dla Ciebie – nie pouczeniem, chcesz to czytaj. Napisałem też co myślę w wielkim skrócie myślowym 🙂

    Czasem wśród praktykujących Bóg dotyka każdego tak inaczej, że trudno się zrozumieć nawet w grupie praktykujących. Ktoś, kto Medytuje 15 lat inaczej jest osadzony jak po 3 latach i dlatego wśród nich nierzadko może być dysonans w rozmowie.

    Książki to taki zapalnik do działania i potem trzeba to zostawić. Kilka ich przeczytałem i tylko dzielę się, że więcej zyskasz na praktyce – przeceniałem niesłusznie książki – taki był mój pierwszy krok w ten świat.

    Znowu powiem od siebie, że Droga zaczyna się dopiero wtedy, kiedy już się książki odłoży i pozostaje praktyka i kontakt z Przewodnikiem, bo i tak zetkniesz się prędzej czy później z doświadczeniem na drodze, w którym żadna książka Ci nie pomoże, a jak masz kogoś, kto ma większą praktykę, to oszczędzi Ci czas, bo znowu sama mogłabyś się męczyć dłużej lub krócej, ponieważ niewątpliwie stajesz w pewnym momencie przed ścianą i przychodzi kryzys, tracisz sens i grunt pod nogami, Droga staje się szorstka i niemiła – trudna, są też różne doświadczenia, czasem dla mnie były bardzo przykre.

    Dobrze mieć kontakt ze Wspólnotą ludzi praktykujących Medytację, i ja i tego po prostu życzę jak najmocniej w tym Nowym Roku!

    Pozdrawiam!
    Jarek

  8. Ewa

    Szczęść Boże,
    chciałam dopytać o te „objawienia”, gdy w czasie medytacji pojawia się Matka Boża lub Pan Jezus…zrozumiałam z Ojca wypowiedzi, że lepiej to zostawić bo może to być działanie złego ducha. Od paru lat mi się pojawia jakiś obraz (dawno, dawno temu takich obrazów nie miewałam ale też wtedy nie starałam się tak bardziej regularnie praktykować modlitwy bo wydawało mi się, że się nie da wejść głębiej).
    Początkowo pomyślałam, że te obrazy (czasem osoba Pana Jezusa ale bez widzenia jakiejś konkretnej twarzy…trudno to wytłumaczyć bo dzieje się na takiej innej płaszczyźnie niż oczy ciała a czasem jakaś sytuacja) to jakaś niesamowita przygoda i bonus od Pana Boga za…nie wiem co. Ale po dłuższym czasie zaczęło mi się wydawać że „obraz” pojawia się w sytuacji, gdy w jakiejś sprawie duchowej „stoję pd ścianą”, wręcz leżę bezradnie, nie mogę czegoś zrozumieć, ruszyć dalej do przodu, brak mądrości itp. I teraz pod dłuższym czasie wydaje mi się, że taki „obraz” to taki sposób Boga Ojca żeby mi pokazać o co chodzi, żeby coś mi wytłumaczyć, pokazać prawdę….i dlatego w formie „obrazu” bo: (tak mi się wydaje od jakiegoś czasu) mam za małą wiarę i za mało mądrości żeby to pojąć na innej płaszczyźnie….dlatego Bóg Ojciec wybrał dla mnie „obrazy” (może stwierdził, że inaczej na razie nic do mnie nie dociera). I z perspektywy czasu widzę, że te „obrazy” (raz na jakiś czas się pojawiające) dawały jakieś wskazówki, wskazywały na jakąś prawdę (czasem trudną i niemiłą dla mnie).
    Natomiast jeszcze nie pomyślałam, że może pod tym się kryć zły duch. Myślę, że byłoby mi trudno w momencie takiego „obrazu” porzucić go (mam nadzieję że jednak Go) i uznać za nieważny i niepotrzebny, bo miałabym wrażenie że odrzucam starania Pana i Jego podarki, łaskę. Ale oczywiście owo „wrażenie” …. nawet mocne .i w moim przeświadczeniu od Pana … hm… też może być złudne. Chyba jednak brak mi mądrości (w sumie na obrazkach to się uczy dzieci, bo inaczej ciężko coś im wytłumaczyć; ja tam nie mam nic przeciwko temu żeby przed Ojcem być dzieckiem…bardzo wręcz lubię postawę dziecka przed Ojcem, ale chciałabym jakoś mieć większą pewność czy moje wrażenia co do „obrazów” nie są jakimś zwodzeniem mnie).
    Pozdrawiam i życzę pięknej niedzieli.

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Ewo,
      zawsze „po owocach poznacie”. Musisz zobaczyć, jakie owoce w Tobie po takich obrazach pozostają. Jeżeli jest to pokój, to możesz być przekonana, że jest to od Boga. Jeżeli niepokój, to jest to fałszywy obraz. Jednak niezależnie od tego, że byłby to obraz od Boga, to jednak jest to pomoc na drodze, pocieszenie, wskazanie itd., a nie jest czymś, na czym trzeba się zatrzymywać dłużej. Trzeba na modlitwie spytać Boga o sens tego obrazu, ale celem jest komunia, a nie fascynacja nawet czymś najwspanialszym od Boga.
      Serdecznie Cię pozdrawiam.

  9. Ewa

    Dziękuję Ojcu za szybką odpowiedź i poświęconą cząstkę Swojego czasu.
    Z tymi obrazami to faktycznie czasami prawie od razu pojawia się rozumienie sensu ale są też (ale rzadziej) takie, których nie rozumiem i wtedy sobie myślę, że może to jest „na kiedyś” (choć możliwe że przez swoją nieudolność coś hamuję i Pan się nie może przebić do mnie ze zrozumieniem tego obrazu).
    Ale z tą komunią….to czasem mam problem.
    Chodzi o to, że czasem na modlitwie mam mocną świadomość obecności Pana, niby jesteśmy i On i ja ale jak tak się przy Nim znajdę to kompletnie nie wiem co mam zrobić, bo nic nie słyszę a jestem pewna że On jest (no nie wiem jak to wytłumaczyć, ale to takie chwile, kiedy zdaje mi się że, samo bycie, trwanie to nie na miejscu, chciałabym wiedzieć co w takich momentach „robić” żeby tego nie zmarnować i czasem trochę się martwię że może są we mnie jakieś przeszkody, że nic nie słyszę przy tej wielkiej pięknej świadomości obecności Pana; może to martwienie się to już jakiś zamęt bo się jakiemuś złemu duchowi poddaje…no nie wiem;
    innym razem jest niby podobnie … wielka świadomość obecności Pana, ale: nie mam zmartwienia, że nic nie słyszę, nie mam w ogóle potrzeby słyszeć i jedynie co to jakoś wewnętrznie mi się wyrywa westchnienie „Kocham Cię” i nie ma tego ciężaru pod tytułem: „Jesteś, wiem, nie słyszę, nie wiem co mam zrobić ze sobą przed Tobą”). Ale tak czy inaczej bardzo lubię te momenty świadomości obecności Pana (świadomości – tak to sobie nazywam, ale chodzi o stan gdy poza tym że wierzę i uznaję jest coś jeszcze), szczególnie jak przychodzą po dłuższym okresie trudniejszym gdzie „ani widu ani słychu” i tylko jakiś zamęt i zawierucha się kręci. Oj bardzo sobie wtedy cenię tę modlitwę co jest po Ojcze nasz na mszy (tam jest o wybawieniu od zamętu).
    Późno się zrobiło,
    życzę spokojnej nocy
    (następnym razem postaram się tak nie rozwlekać)

Skomentuj

Twój e-mail nie będzie widoczny. Pamiętaj! Uzupełnij obowiązkowe pola oznaczone *

© 2015 Włodzimierz Zatorski OSB. Wszelkie prawa zastrzeżone © Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC