Praktyka medytacji

„Medytować to znaczy być obecnym, ale przed Bogiem” (Romana Guardini). Praktyka medytacji to ćwiczenie się w takiej obecności. Na drodze do medytacji napotykamy bardzo wielkie wewnętrzne trudności, dlatego praktyka medytacji jest jest bardzo ważnym wysiłkiem duchowym. Ostatecznie właśnie nasze spotkanie z Bogiem rozstrzyga o naszym życiu w wymiarze wiecznym.

Modlitwa serca

Kilka krótkich fragmentów z konferencji na temat medytacji może pomóc lepiej ją zrozumieć.

komentarzy ( 36 )
  1. Paulina

    Nawiązując do tego, co Ojciec mówi o interesowności, która zabija medytację, chciałabym zapytać, czy widzi Ojciec szansę na stopniowe oczyszczanie modlitwy z takich właśnie interesów i oczekiwań o charakterze przede wszystkim emocjonalnym? Czy jest możliwe, by ktoś, kto rzeczywiście rozpoczął tę praktykę w poszukiwaniu ratunku i ukojenia, wytrwał w niej i kontynuował ją już z innym nastawieniem – z gotowością na cierpliwe trwanie, wytrzymywanie z sobą samym przed Bogiem? A może fakt obrania takiego kierunku w trwodze i rozpaczy już zawsze będzie naznaczał modlitwę zbyt dużą emocjonalnością i czynił modlącego się niestałym i podatnym na załamania? Czy poza wytrwałością i podtrzymywaniem pozostałych filarów życia są jakieś wskazówki w tej materii?

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Paulino zawsze nasze nastawienie i oczekiwania są niedoskonałe i należy je zmieniać. Tak już jest w każdej dziedzinie życia. Na tym polega rozwój. Jeżeli człowiek nie zmienia się w swoich oczekiwaniach i nastawieniach, jest martwy i właściwie trudno z nim się dogadać. Takie postawy mają często psychopaci, paranoicy. To są choroby. Ks. Józef Tischner mówił, że „jedynie krowa nie zmienia swojego stosunku do trawy na łące”. Człowiek się zmienia i tak musi być, bo zmieniają się jego doświadczenia, perspektywa patrzenia, dojrzałość itd.

  2. Paulina

    Drogi Ojcze! Dziękuję za odpowiedź. Po jej przeczytaniu doszłam do wniosku, że moje pytanie było głupie. Po powtórnym namyśle stwierdzam jednak, że albo na świecie jest dużo więcej krów, niż myślałam, a i ja sama wiele wspólnego mam z tym zwierzęciem, albo jednak często ludzie zamykają się w swoich przekonaniach i postawach, ewentualnie pozorują zmiany. Te prawdziwe bywają niezwykle trudne (wiem, nie sugerował Ojciec, że są łatwe). Szczególnie wymagająca wydaje mi się zmiana postaw: mimo ideałów i powziętych decyzji często zachowujemy się w dany sposób jakby automatycznie, zgodnie z wdrukowanym schematem. Każdy z nas ma przecież jakieś właściwości psychiczne, które na to wpływają.

    I tak, wracając do medytacji, jeśli jest ona trwaniem przed Bogiem w postawie nadziei, to ktoś skłonny do smutku i rezygnacji inaczej będzie medytował niż spokojny optymista, dla którego nadzieja jest czymś naturalnym. A może takie porównanie jest w ogóle nie na miejscu? Intuicyjnie czuję, że na tym modlitwa polega, by stawać do niej właśnie takim, jak się jest, bez retuszu. Zresztą Ojciec też wielokrotnie o tym przypomina. Ale z drugiej strony, przystępując do niej w przygnębieniu, trudno nie zadawać sobie pytania, czy to jest w ogóle modlitwa? Czy stając przed Bogiem, źródłem Nadziei i Miłości, można być przygnębionym? Pamiętając, że całe nasze życie przed Nim się rozgrywa, czy można w ogóle być przygnębionym? Właściwie, jeśli tak się dzieje, można chyba mówić o jakimś absolutnym niezrozumieniu i małoduszności. A jednak (nie wiem, może to nie dotyczy wszystkich) bywa się przygnębionym, czasem nawet bardzo.

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Paulino, wydaje się, że rzeczywiście większość ludzi lubi w uproszczony sposób widzieć świat i życie na nim. Dlatego trzymają się schematów. Zresztą politycy, a także w innych dziedzinach tworzy się ludziom takie schematy, na potrzeby ich życia, aby mieli poczucie, że się orientują w jakiejś dziedzinie. Jest to o tyle naturalne, że poczynając od poziomu biologicznego funkcjonujemy w ten sposób, że wiele informacji eliminujemy, a przyjmujemy jedynie określone z nich trzymając się jakiegoś schematu. Inaczej wielość informacji by nas zniszczyła. Bardzo potrzebujemy jakiś uproszczeń, schematów, syntez. Jest to naturalne. Problem polega na tym, że lubimy się tych schematów uparcie trzymać i uznajemy je za prawdę po prostu. Natomiast one mają charakter roboczy i powinny być nieustannie korygowane, gdy przyjdzie na to czas. Zło polega na upartym trzymaniu się tych uproszczeń, bo to zwalnia nas od szukania prawdy i pogłębianie jej.
      W medytacji staramy się trwać w obecności Boga, ale nie przyjmujemy z góry żadnego modelu takiego trwania, czy efektu, jaki medytacja miałaby osiągnąć. Nadzieja, jaką w medytacji mamy, nie odnosi się do określonego stanu psychicznego, czy duchowego, ale do prawdy bez określenia, jak miałaby ona wyglądać. Bóg jest większy niż sobie z tego zdajemy sprawę.
      Nasz smutek jest jakąś prawdą o nas. On z czegoś wynika. Zazwyczaj jest wynikiem rozdarcia wynikłego z braku realizacji pragnienia, jaki w sobie nosimy. Przy czym temu pragnieniu najczęściej nadajemy określony kształt. Przed Bogiem musimy stanąć w prawdzie egzystencjalnej i dlatego nie możemy weselić się wówczas, gdy jest nam smutno. Kiedy Pan Jezus modlił się w Ogrójcu czy na krzyżu, to przecież był w smutku i nie starał się być radosnym. Taka była sytuacja i jego ludzkie przeżywanie w tym czasie.
      Bóg jeżeli będzie chciał, to nas pocieszy. Osobiście uważam, że prawda rzeczywiście wyzwala i daje życie, a z nim radość, ale zanim do tego dojdzie, musimy się skonfrontować ze smutną prawdą o nas samych. Na jej tle dopiero możemy w pełni zrozumieć, że jedyną naszą nadzieją jest Boże miłosierdzie i jednocześnie odkrywamy, że On rzeczywiście jest miłosierny. Przyjęcie tej prawdy i powierzenie się jej daje nam życie i radość, jakiej nic nie jest w stanie nam odebrać. Zob. Rz 8,31–38.
      Przestań się moralnie obciążać, że nie jesteś taką, jaką „powinnaś być”, bo jeszcze nie wiesz, jaką „powinnaś być”. To wie tylko Bóg i jemu trzeba pozwolić, by to w nas zrealizował.

  3. Paulina

    Serdecznie dziękuję za tę odpowiedź.

  4. Paulina

    Dziękuję serdecznie za tę odpowiedź.

  5. Jarek

    Paulino,
    w moim przypadku, kiedy zacząłem praktykować medytację, to okazało się po niedługim czasie, że wcale niepotrzebne było mi wcześniejsze myślenie, a jak to jest, a jak to będzie, nawet przeczytanie książek o medytacji niewiele mi dało, a przynajmniej wcale nie było niezbędne. Po prostu zacząłem i praktykuję. Okazuje się, że Bóg i tak każdego prowadzi inaczej, więc jakieś schematy książkowe, czy wypowiedzi innych ludzi są zbędne. Medytacja to doświadczenie, więc jeżeli masz jakieś pytania lub wątpliwości, to doświadcz tej odpowiedzi. Zobacz jak Bóg Cię poprowadzi! Ważne – pomocne jest też mieć kontakt z osobą która praktykuje dłużej niż my, bo wtedy można liczyć na wsparcie.

    Powodzenia!
    Jarek

  6. Paulina

    Jarku,

    dziękuję za Twoją uwagę. Moje pytania związane były z praktyką medytacji i z życiem po prostu. Zgadzam się z Tobą, że czytanie i słuchanie o medytacji jest niczym bez doświadczenia. Ale nie zgadzam się, że pisanie i mówienie (a więc także czytanie i słuchanie) na ten temat w ogóle jest zbędne. Sądzę, że wypowiedź kogoś bardziej doświadczonego jest cennym dopełnieniem własnej praktyki. Jedno dzięki drugiemu nabiera głębszego sensu. Kiedy sięgnęłam po „Chmurę niewiedzy”, uderzyło mnie, z jak wielką precyzją i subtelnością opisywane są zawiłości tego, co dzieje się w człowieku w czasie modlitwy! Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. W powiązaniu z własnym doświadczeniem ten tekst (i wiele innych) nabiera właściwej głębi.

    Bardzo dziękuję jednak za wypunktowanie niebezpieczeństwa teoretyzowania.

  7. Jarek

    Paulino,

    moja wypowiedź, to raczej podzielenie się doświadczeniem i taką zachętą dla Ciebie – nie pouczeniem, chcesz to czytaj. Napisałem też co myślę w wielkim skrócie myślowym 🙂

    Czasem wśród praktykujących Bóg dotyka każdego tak inaczej, że trudno się zrozumieć nawet w grupie praktykujących. Ktoś, kto Medytuje 15 lat inaczej jest osadzony jak po 3 latach i dlatego wśród nich nierzadko może być dysonans w rozmowie.

    Książki to taki zapalnik do działania i potem trzeba to zostawić. Kilka ich przeczytałem i tylko dzielę się, że więcej zyskasz na praktyce – przeceniałem niesłusznie książki – taki był mój pierwszy krok w ten świat.

    Znowu powiem od siebie, że Droga zaczyna się dopiero wtedy, kiedy już się książki odłoży i pozostaje praktyka i kontakt z Przewodnikiem, bo i tak zetkniesz się prędzej czy później z doświadczeniem na drodze, w którym żadna książka Ci nie pomoże, a jak masz kogoś, kto ma większą praktykę, to oszczędzi Ci czas, bo znowu sama mogłabyś się męczyć dłużej lub krócej, ponieważ niewątpliwie stajesz w pewnym momencie przed ścianą i przychodzi kryzys, tracisz sens i grunt pod nogami, Droga staje się szorstka i niemiła – trudna, są też różne doświadczenia, czasem dla mnie były bardzo przykre.

    Dobrze mieć kontakt ze Wspólnotą ludzi praktykujących Medytację, i ja i tego po prostu życzę jak najmocniej w tym Nowym Roku!

    Pozdrawiam!
    Jarek

  8. Ewa

    Szczęść Boże,
    chciałam dopytać o te „objawienia”, gdy w czasie medytacji pojawia się Matka Boża lub Pan Jezus…zrozumiałam z Ojca wypowiedzi, że lepiej to zostawić bo może to być działanie złego ducha. Od paru lat mi się pojawia jakiś obraz (dawno, dawno temu takich obrazów nie miewałam ale też wtedy nie starałam się tak bardziej regularnie praktykować modlitwy bo wydawało mi się, że się nie da wejść głębiej).
    Początkowo pomyślałam, że te obrazy (czasem osoba Pana Jezusa ale bez widzenia jakiejś konkretnej twarzy…trudno to wytłumaczyć bo dzieje się na takiej innej płaszczyźnie niż oczy ciała a czasem jakaś sytuacja) to jakaś niesamowita przygoda i bonus od Pana Boga za…nie wiem co. Ale po dłuższym czasie zaczęło mi się wydawać że „obraz” pojawia się w sytuacji, gdy w jakiejś sprawie duchowej „stoję pd ścianą”, wręcz leżę bezradnie, nie mogę czegoś zrozumieć, ruszyć dalej do przodu, brak mądrości itp. I teraz pod dłuższym czasie wydaje mi się, że taki „obraz” to taki sposób Boga Ojca żeby mi pokazać o co chodzi, żeby coś mi wytłumaczyć, pokazać prawdę….i dlatego w formie „obrazu” bo: (tak mi się wydaje od jakiegoś czasu) mam za małą wiarę i za mało mądrości żeby to pojąć na innej płaszczyźnie….dlatego Bóg Ojciec wybrał dla mnie „obrazy” (może stwierdził, że inaczej na razie nic do mnie nie dociera). I z perspektywy czasu widzę, że te „obrazy” (raz na jakiś czas się pojawiające) dawały jakieś wskazówki, wskazywały na jakąś prawdę (czasem trudną i niemiłą dla mnie).
    Natomiast jeszcze nie pomyślałam, że może pod tym się kryć zły duch. Myślę, że byłoby mi trudno w momencie takiego „obrazu” porzucić go (mam nadzieję że jednak Go) i uznać za nieważny i niepotrzebny, bo miałabym wrażenie że odrzucam starania Pana i Jego podarki, łaskę. Ale oczywiście owo „wrażenie” …. nawet mocne .i w moim przeświadczeniu od Pana … hm… też może być złudne. Chyba jednak brak mi mądrości (w sumie na obrazkach to się uczy dzieci, bo inaczej ciężko coś im wytłumaczyć; ja tam nie mam nic przeciwko temu żeby przed Ojcem być dzieckiem…bardzo wręcz lubię postawę dziecka przed Ojcem, ale chciałabym jakoś mieć większą pewność czy moje wrażenia co do „obrazów” nie są jakimś zwodzeniem mnie).
    Pozdrawiam i życzę pięknej niedzieli.

    • Wlodzimierz Zatorski

      Droga Ewo,
      zawsze „po owocach poznacie”. Musisz zobaczyć, jakie owoce w Tobie po takich obrazach pozostają. Jeżeli jest to pokój, to możesz być przekonana, że jest to od Boga. Jeżeli niepokój, to jest to fałszywy obraz. Jednak niezależnie od tego, że byłby to obraz od Boga, to jednak jest to pomoc na drodze, pocieszenie, wskazanie itd., a nie jest czymś, na czym trzeba się zatrzymywać dłużej. Trzeba na modlitwie spytać Boga o sens tego obrazu, ale celem jest komunia, a nie fascynacja nawet czymś najwspanialszym od Boga.
      Serdecznie Cię pozdrawiam.

  9. Ewa

    Dziękuję Ojcu za szybką odpowiedź i poświęconą cząstkę Swojego czasu.
    Z tymi obrazami to faktycznie czasami prawie od razu pojawia się rozumienie sensu ale są też (ale rzadziej) takie, których nie rozumiem i wtedy sobie myślę, że może to jest „na kiedyś” (choć możliwe że przez swoją nieudolność coś hamuję i Pan się nie może przebić do mnie ze zrozumieniem tego obrazu).
    Ale z tą komunią….to czasem mam problem.
    Chodzi o to, że czasem na modlitwie mam mocną świadomość obecności Pana, niby jesteśmy i On i ja ale jak tak się przy Nim znajdę to kompletnie nie wiem co mam zrobić, bo nic nie słyszę a jestem pewna że On jest (no nie wiem jak to wytłumaczyć, ale to takie chwile, kiedy zdaje mi się że, samo bycie, trwanie to nie na miejscu, chciałabym wiedzieć co w takich momentach „robić” żeby tego nie zmarnować i czasem trochę się martwię że może są we mnie jakieś przeszkody, że nic nie słyszę przy tej wielkiej pięknej świadomości obecności Pana; może to martwienie się to już jakiś zamęt bo się jakiemuś złemu duchowi poddaje…no nie wiem;
    innym razem jest niby podobnie … wielka świadomość obecności Pana, ale: nie mam zmartwienia, że nic nie słyszę, nie mam w ogóle potrzeby słyszeć i jedynie co to jakoś wewnętrznie mi się wyrywa westchnienie „Kocham Cię” i nie ma tego ciężaru pod tytułem: „Jesteś, wiem, nie słyszę, nie wiem co mam zrobić ze sobą przed Tobą”). Ale tak czy inaczej bardzo lubię te momenty świadomości obecności Pana (świadomości – tak to sobie nazywam, ale chodzi o stan gdy poza tym że wierzę i uznaję jest coś jeszcze), szczególnie jak przychodzą po dłuższym okresie trudniejszym gdzie „ani widu ani słychu” i tylko jakiś zamęt i zawierucha się kręci. Oj bardzo sobie wtedy cenię tę modlitwę co jest po Ojcze nasz na mszy (tam jest o wybawieniu od zamętu).
    Późno się zrobiło,
    życzę spokojnej nocy
    (następnym razem postaram się tak nie rozwlekać)

  10. Joanna

    Dla mnie kwintesencją medytacji są słowa „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. Dziękuję:)

  11. Piotr

    Drogi O. Włodku, Przyjacielu.
    Dziś sobota 30 marca 2019, po naszym spotkaniu rekolekcyjnym, chcieliśmy Ci z moją grupą szczerze podziękować. Skończyliśmy wczesniej. Na Podhale daleko. Czekają nas nie nakarmione owce i psy. Skonczyliśmy dzisiaj, ale na wety, przesłuchalem twoje wyjasnienia do medytacji. Cieszę się że wiesz o niej tak dużo i w sumie tak poprawnie. Są jednak pewne aspekty, które buddyzm widzi inaczej. Jeśli pozwolisz opatrze twoje wskazówki buddyjskim komentażem, nawet nie po to by Cię naklaniać, ale by Cię ubogacić wiedzą o doswiadczeniach innych.
    Rozwinę temat niebawem.
    Z serdecznoscią Piotr buddysta z gór

    • Piotr

      Drogi Ojcze Włodku, ewentualni inni czytelnicy,
      Cokolwiek tutaj napiszę o medytacji i jeśli mi bedzie dane na inne tematy, to tylko moje wyobrażenia o sprawach które poruszam. Nie roszczą sobie one pretensji, do prawdy absolutnej, gdyż sądzę, iż taka człowiekowi jest niedostępna. Wprawdzie opieram moje opinie na naukach Buddy, ale one i tak są przetworzone, jedynie, przez moje zrozumienie. Mam doswiadczenie naprawy mojej natury i naprawy natury innych idacych tą drogą, ale i tak cokolwiek bym nie sadził, ma to tylko, mój subiektywny charakter.
      Świat jest dla każdego inny, bo zawsze przetworzony przez postrzeganie.
      Droga duchowa jest, ze swojej natury subtelnie ulotna i nie jest mozliwe utworzenie twardych kanonów, dla niej, a jedynie można budować ogólne wskazówki.

      • Piotr Wróbel Duda

        O medytacji chrześcijańskiej ( taka jak jest dziś) oczami buddysty cd.

        Zacznijmy od kwestii mniej spornych.
        Postaram się pisać chrześcijańskimi kalkami znaczeniowymi, wiedzac iż tożsame słowa buddyjskie, bedą brzmieć dla Was obco. Nie wiem czy umiem, ale się postaram.
        Proszę też Ojca. Z jak i kazdego, kto umie bardziej adekwatne słowo podsunąć, niech podsunie.
        Podobnie, jeśli na to o czym piszę znajdzie, wybrzmienie w dziełach chrześcijaństwa, proszę niech pisze. Cytuje całe ustępy, lub je wskazuje.
        Tak bedziemy budować mosty, pomiedzy religiami, dla naszego ludzkiego dobra i na chwałę Najwyższego Zamysłu. Słowa krytyczno polemiczne, też niezbędne.

        W artykule O.Zatorskiego czytamy:


        Na drodze do medytacji napotykamy bardzo wielkie wewnętrzne trudności, dlatego praktyka medytacji jest jest bardzo ważnym wysiłkiem duchowym. Ostatecznie właśnie nasze spotkanie z Bogiem rozstrzyga o naszym życiu w wymiarze wiecznym.”

        Mamy wolną wolę. Niby tak, ale czy na pewno?
        Wolną wolę ma ten, kto rozpoznaje co wybiera.
        My rodzimy się na to ślepi i większość z nas w tej ślepocie umiera.
        To fakt.
        Wiec jak jest z tą wolną wolą?
        Mamy ją ale nie do by być arbitrem własnych uczynków, ale by wybrać czy chcemy wejść na drogę naprawy( prawdziwej, skutecznej, trudnej), by wejść na drogę do Królestwa Niebieskiego. Będac na tej drodze zaawansowanym, niczego już nie trzeba wybierać. Dobro dzieje się w sposób naturalny.

        W następnym wpisie o przykazaniach i ich kontekście jako wstępu do medytacji.

        Ps. (Wybaczcie mi błedy sformułowań, lub błedy jezyka polskiego. W młodosci żyłem we Francji. Matka Francuska, ojciec Podhalański Góral. Jezyka polskiego uczyłem się jako dorostek.)

        • Piotr Wróbel Duda

          Jak żyć przyzwoicie, wobec innych, nawet kiedy nie ma się na to ochoty?
          To istotne pytanie musi zadać sobie kazdy, kto rozpoczyna praktykę medytacji. Bez przyzwoitości zycia, medytacja nie działa. Ci co czynią źle wobec innych, pomimo wejścia w praktykę nie dochodzą do jej sedna. Czesto zamienia się ona w koszmar uwydatnienia występków.
          To pewnik!
          Poglad ten utrzymuje się i potwierdza doświadczeniem medytujących, na przestrzeni tysiacleci.
          Co zrobić by czynić dobrze, pomimo że jeszcze dobrym sie nie jest? – Trzymać się praw etycznych swieckich i religijnych etycznych nakazów. Wszedzie brzmią podobnie, tylko czy wiekszość ludzkości , znając je, samozakłamaniem nie próbuje ich obejść?
          Etyczne przykazania chrzescijan, czujna siebie obserwacja i przyjmowanie szczerej oceny otoczenia, to pierwszy krok na drodze metody.

          • Piotr Wróbel Duda

            Czym jest medytacja?
            Po co medytować?
            O. Zatorski mówi że obecnoscią przed Bogiem i ja się z tym zgadzam, ale.
            Ale czy to tłumaczy, przybliża nam powyższe pytania? Moim zdaniem mało.
            Mało, bo co tak na prawdę wiemy o Bogu, co nie jest dziełem naszej konfabulacji na Jego temat? Potrzebą obleczenia Go w ludzkie cechy, by próbować ogarnać Go myślą.
            Nauka im bardziej wgryza się w złozoność świata, pokazuje jego harmoniczność. Zadziwiajacą wrecz precyzje Zamysłu zrealizowanego. Ponadludzką i ukazujacą swoim nieskończonym bezkresem, niezdatność naszych rozumów do jej zrozumienia.
            Co wiemy o Bogu na pewno z naszej ludzkiej pozycji pojmowania. Że jest Harmonią.
            To słowo zawiera w sobie wszelkie słowa meljoratywne, znane człowiekowi.
            Co wiemy sami o sobie? Co wiemy patrząc na dzieje ludzkosci, co mozna o nas powiedzieć jednym słowem. Żyjemy Dysharmonicznie.
            Czy ktoś z Was się nad tym zastanowił, dlaczego żyjemy dysharmonicznie w tak idealnie harmonijnie utworzonym swiecie?
            Czy ktoś z Was zapytał o tego przyczynę?
            Pozorny paradoks. Bóg stworzył Świat funkcjonujący idealnie i nas ludzi ktorzy mogli by być ideałem a nie są. Po co? Dlaczego? W jakim celu, cisną się pytania.
            Odpowiedz jest jedna. Ludzie mogą być idealni. Idealni na obraz Boga, a nasze tu ziemskie życie w ludzkim ciele, to oczyszczalnia. Nie ma innego na ziemi tu celu jak się oczyścić.
            Wąska jest do Nieba furta i niewielu się oczyszcza, ale każdy może. Każdy ma mozliwość odkryć, co dzieli go od Harmonii Boskiej i burzyć po kawałku ten mur. Mur wybudowany wewnątrz nas samych. Nasz własny mur.
            Co to medytacja? To doskonałe narzedzie do zburzenia tego muru.

            Ps.
            Ojcze Włodku,
            W rozmowie z nami w Tyncu, powiedziałeś coś, o św Pawle, który jak zrozumiałem mowił iż jedynym celem człowieczym jest oczyszczenie.
            Mógł byś poszerzyć temat

          • Piotr Wróbel Duda

            Ojciec, Przyjaciel, Zatorski mówi iż medytacja nie może być praktykowana z interesownym kontekstem.

            Tak zrozumiałem słowa Ojca. Że nie można medytować z oczekiwaniem boskiej odpowiedzi w postaci spełnienia oczekiwań doczesnych, lub w celu uzyskania stanów euforycznych w tym objawień.
            Z mojego buddyjskiego punktu widzenia, Ojciec ma tu racje i zarazem jej nie ma.
            O objawieniach, jako przeszkodzie na drodze, napiszę w osobnym wpisie. O euforii też tam będzie. Jednak teraz, uważnie należy obejrzeć sytuacje człowieka, nie naprawionego, ktory decyduje się na medytacje. Po co to robi?
            Odpowiedz jest jedna. By coś zyskać.
            Zna Ojciec inną pobudkę?
            Wszak sama, już tylko nadzieja zbawienia, jako zysk musi być poczytana.
            Byddyzm, na wprost obiecuje, lepsze życie, kiedy naprawi się naturę , serce oczyści.
            Ale i chrescijaństwo, może mniej na wprost, mówi o szczęsciu życia w Bogu.
            Z pozycji poczatkowej, natury nie oczyszczonej, nie można wiedzieć na czym to doczesne szczescie polega. Nie zrozumiałe wtedy jest, że drogą do zaspokojenia wszelkich potrzeb materii, nie musi być, by tą materie posiaść, ale. Ale, jescze lepszą, pewniejszą, potrzeb, poza podstawowe, się wyzbyć.
            Tak czy inaczej z medytacją można wiazać nadzieje poprawy swego losu doczesnego, jak i pozagrobowego.
            Inną sprawą jest, że bezpośrednie medytacyjne oczekiwanie spełnienia konkretnego celu, lub uzyskania stanu, rozłoży tą medytacje na łopatki. Zabranie tego oczekiwania w medytacje.
            Wiecej! Może zawlec próbującego, tak medytować, w bardzo zdradliwe stany autosugestii.

          • Piotr Wróbel Duda

            „Poza sercem Boga nie spotkamy”
            Co to oznacza. Oznacza że nie spotkamy Go też rozumem.
            Myślenie, to proces mózgu. Jednak, to mysli muszą doprowadzić nas do miejsca, z ktorego widać, że z Bogiem spotkania odbywają się ponad myślami i bez ich udziału.( to Łaska Boża, kiedy tam dojdziemy) Miejsca z ktorego Sokrates powiedział – wiem że nie wiem, czyli że zwykła wiedza tu nie wystarcza. Że wie, gdzie jej granice. Powiedział, też, iż tylko prawdziwa wiedza może służyć, do rozróżniania dobrego od złego. Prawdziwa wiedza to ta, która nastąpi po spotkaniu z Bogiem. Kiedy wracajac z takiego spotkania do mysli znów powrócimy.
            Branie rozumu, na spotkanie z Bogiem, to faktyczna najczęsciej spotykana przeszkoda próbujących medytować chrześcijan. To niweczy spotkanie. Po chrzescijańsku powiem, iż wtedy Szatan macha swoim ogonem.

          • Wlodzimierz Zatorski

            Drogi Piotrze,
            Mówiąc, że Boga można spotkać tylko w sercu, a poza nim nie można Go spotkać, nie twierdzę, że rozum nie ma niczego do zrobienia w sprawie poznania Boga. Przede wszystkim serce jest ukrytym, może lepiej powiedzieć – miesteryjnym, centrum człowieka. Ono syntetyzuje rozum, wolę i uczucia. Przy czym na tym poziomie rozum nie jest oderwanym racjonalnym myśleniem abstrakcyjnym, ale powiązanym z wolą i uczuciami, intuicją, jakimś wniknięciem, umiejącym wyciągnąć prawdziwe wnioski racjonalne z tego wszystkiego. Tak rozumiany rozum ma nas doprowadzić do spotkania z Bogiem. Tak np. opowiedział Pan Jezus owemu uczonemu w Piśmie, który potwierdził odpowiedź Pana Jezusa na pytanie, co jest najważniejsze w Prawie i u Proroków: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego (Mk 12,34). Ta pochwała odnosiła się do trafnego wnioskowania, że miłość Boga i bliźniego jest daleko więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary (Mk 12,33). Od strony negatywnej z kolei Pan Jezus nazywa grzechem przeciwko Duchowi Świętemu brak logicznego wnioskowania, a właściwie nieuczciwość w takim wnioskowaniu, pokrętność myśli. Brak uczciwości we wnioskowaniu powoduje niemożliwość spotkania się z Bogiem i to nie tylko tutaj, ale i w przyszłym wieku.
            Odnośnie do Sokratesa to poza świadomością, że niczego nie wie, wie on jednocześnie, że do wiedzy dochodzi się przez pytanie i prawidłowe wnioskowanie. Oczywiście jest ona cząstkowa i do pełnej wiedzy potrzebne jest spotkanie z Bogiem. Jednak warunkiem sine qua non jest uczciwość w zwykłym myśleniu. Bez tego po powrocie ze spotkania z Bogiem, możemy, i nawet jest to ogromne zagrożenie, popaść w pułapkę próżnej chwały, co przekreśla całą możliwą wiedzę i właściwe myślenie przekazywane innym. Tak było w przypadku wielu heretyków, którzy niewątpliwie mieli jakiś rodzaj spotkania z Bogiem lub namiastkę takiego spotkania.
            Oczywiście trzymanie się własnego myślenia, które przecież opiera się na naszych naturalnych doświadczeniach i ziemskiej logice, blokuje nasze spotkanie z Bogiem, który zawsze pojawia się jako Inny. Nasze myślenie wtedy jest wielką przeszkodą do spotkania się z Nim. Jednak także to trzeba wiedzieć i do takiego wniosku trzeba dojść, a dokonuje się to przez myślenie, przez wnioskowanie z tego, co wiemy o Bogu. Jeżeli tego nie odkryjemy, nie dojdziemy do takiego wniosku, trzymanie się naszego myślenia będzie spontaniczne jako „oczywistość” w naszej postawie.
            Rzeczywiście szatan może nasz zwodzić i to często robi przez podsuwanie nam „genialnych” rozwiązań intelektualnym w odniesieniu do teologii, filozofii, widzenia i rozumienia Boga. To wzbudza w nas próżną chwałę i przygotowuje całkowity upadek.

          • Piotr Wróbel Duda

            Drogi Włodku, Przyjacielu,
            Dzięki że odpisałeś, pomimo zajętego czasu.
            Dziś sobota rano.
            Wieczorem przygotowałem następny wpis, nie wiedzac o twoim, wiec go umieszcze.
            Na to o czym Ty piszesz odpowiem po wnikliwej tekstu analizie.
            Niemniej już na pierwszy rzut oka widzę, że sporu nie bedzie. Tak sadze, ale spontanicznie odpisywać nie chcę.
            Uwypukle Ci tylko, gdzie napisałem ja, to o czym Ty mówisz. ( ha ha no chyba, że się jescze czegoś doczytam, czego przy pierwszym czytaniu nie zgłębiłem)

            Ludzie zazwyczaj nie rozumieją tego co inni mówią ( poza oczywistosciami). Nie rozumieją bo podstawiaja pod słowa usłyszane własne widzenie świata. Rozmowcy muszą się siebie uczyć, czego i nam przyjacielu, życzę.
            Pozdrawiam Cie serdecznie.
            Ps
            Po twoim powrocie podrzuce wam Ojcom parę majowych oscypków, najlepszych w roku, bo ze swierzej trawy. Podrzuce na twoje rece jesli pozwolisz. Może wtedy zaprosisz mnie na 15 minutową herbate.

          • Piotr Wróbel Duda

            Dwa pytania:
            -Co my ludzie, z poziomu myśli potrafimy powiedzieć o Bogu?
            -Czego z tego poziomu z pewnoscią powiedzieć nie jesteśmy w stanie?

            Rzetelnie podchodząc do powyższych pytań widać, że myśl w spotkaniu z Bogiem staje natychmiast, na granicy swej możliwości. Myśl z łatwością porusza się znanych sobie obszarach liniowego czasu i przestrzeni, kiedy używamy ich do zadań doczesnych.
            Kiedy chcemy zbudować dom, lub odbyć podróż, mertry i godziny doskonale ogarniane są przez nasze myśli. Kiedy jednak wychodzimy poza zwykłą doczesnosć, natychmiast natykamy się na nieskończoność. A co ten termin wlasciwie oznacza? Oznacza granicę przydatności myśli. Ich kapitulacje. Bóg jest Przestrzenią nieskończoną w czasie jak i wszelkim wymiarze. Myślą nie ogarnialny. Nasze myślowe podejście do Boga nie zmienia Boga a pokazuje, tylko, jak w lustrze nas samych . Bóg dotyczy Wszystkiego tak samo, czego drobnym fragmentem, w nieskończonej reszcie, jesteśmy my wszystcy ludzie, ktorzy żyli i żyją na naszym globie. Wszyscy, zawsze bylismy i jesteśmy w tej samej relacji generalnej, z Nim, a tylko różnie potrafimy się do niej dostosować. Medytacja, stan ponad myślami, jest drogą do kontaktu z Bogiem, gdyż samymi myślami kontaktu takiego nie da się osiągnąć. Medytacja jako stan kontaktu jest jedna. Na przestrzeni dziejów i w roznych kulturach, różnimy się tylko skutecznością dochodzenia do tego stanu.
            Medytacja polega na naszym otwarciu się na Boga. Na usunieciu naszych przeszkód, a kiedy uda nam sie je usunać Bóg w swej nieskończonej dobroci sobą nas wypełnia, bez naszego dalszego, już w tym starania.

          • Piotr Wróbel Duda

            Odpowiedz na część twojego wpisu O. Włodzimierzu

            „Mówiąc, że Boga można spotkać tylko w sercu, a poza nim nie można Go spotkać, nie twierdzę, że rozum nie ma niczego do zrobienia w sprawie poznania Boga. Przede wszystkim serce jest ukrytym, może lepiej powiedzieć – miesteryjnym, centrum człowieka. Ono syntetyzuje rozum, wolę i uczucia. Przy czym na tym poziomie rozum nie jest oderwanym racjonalnym myśleniem abstrakcyjnym, ale powiązanym z wolą i uczuciami, intuicją, jakimś wniknięciem, umiejącym wyciągnąć prawdziwe wnioski racjonalne z tego wszystkiego. Tak rozumiany rozum ma nas doprowadzić do spotkania z Bogiem. Tak np. opowiedział Pan Jezus owemu uczonemu w Piśmie, który potwierdził odpowiedź Pana Jezusa na pytanie, co jest najważniejsze w Prawie i u Proroków: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego (Mk 12,34). Ta pochwała odnosiła się do trafnego wnioskowania, że miłość Boga i bliźniego jest daleko więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary (Mk 12,33).”

            Komentaż.

            Rozwój duchowy, to nie proces liniowy. Przypomina raczej ” złotą spiralę” .
            Zmienia wiele człowieczych aspektów, powodujac nie tylko ich postęp wykladniczy, ale i zmianę poziomów. Mowiac o człowieczych aspektach, mam na mysli rownież i intelekt, ale obok niego intuicje i nieskrępowane niczym, horyzonty postrzegania.
            Zwykły rozwój intelektualny, z duchowym mało mający wspólnego, ma rownież postęp narastające, ale liniowo. Dodatkowo, co bywa najczesciej, wprost proporcjonalnie gasi intuicje i postrzeganie betonuje, na filarach wiedzy i doktryn.
            Używasz O.Włodku sformułowania ” jakieś wniknięcie”. To bardzo istotne, że go zauważasz. Buddyjska jego nazwa to „wgląd”. Ludzie na drodze duchowej uzyskują wgląd. Coś co zarządza intelektem z poziomów poza intelektalnych. Z poziomu serca.
            ( co ciekawe wielu wynalazców i odkrywców w tym Einstein, pytanych o metodę dochodzenia, powiedzieli podobną. Intuicja objawiła im, nieprawdopodobne wczesniej rozwiązanie, ktore tylko, potem na drodze wiedzy udowodnili).
            To o czym pisałem mozna okreslić tak. Wiekszość ludzkosci ma marny rozwój duchowy. Jakiś ma, ale zazwyczaj nie uswiadomiony. ( o tym kiedy indziej). Jest jednak wielu takich, ktorzy idac drogą intelektu, prowadzonego boskim palcem, łaską Bożą, dochodzą do praktyk, które ponad myslami pozwalają spotkać im się z Bogiem. Wielokrotnie, jako praktyka.Tak wchodzą na drogę duchową, i na niej rozum, dopiero teraz ma pole do popisu, wsparty intuicją i nie skrępowany niczym. I nagle w głowie jak błysk robi się coś, co zabawnie w rozmowie z nami, w Tyńcu okresliłeś dźwiękiem ” pszszsz”. To zmiana poziomu myślenia. Nagle widzisz swiat koło siebie, niby taki sam, ale inny. Inny bo widziany już z innego poziomu. Co ciekawe czytasz ksiegi czytane już sto razy i nagle po tym ” pszszsz” znajdujesz w nich całkiem inne znaczenia.
            I tak czynisz coraz większe skoki w postępie jak i poziomach
            Wtedy jak z (Mk 12,34) trafnie się wnioskuje, bo pewnie owy „uczony w pismie”, nie tylko z pism się uczył, ale i był na drodze duchowej.

            Na wety, tej czesci odpowiedzi napisze Ci o ciekawym eksperymencie naukowym, ktory potwierdził że intuicja w anatomicznym sercu mieszka.
            Robiono doswiadczenia. Grupie badanych pokazywano na ekranie w kolejnosci losowej obrazki – łagodne obojętne, obrazki miłe i obrazy drastyczne. Badani byli podpieci do urządzeń badajacych elektryczne odpowiedzi mózgu i serca. Mózg widział i obrazował to sygnalem na każdą emocje innym, dopiero kiedy obrazek na ekaranie zobaczyły oczy. Serce niektórych z badanych, miało intuicje i reagowało sygnalem dopasowanym do obrazu, zanim ukazał się na ekranie. Zanim zobaczyły go oczy.

          • Piotr Wróbel Duda

            Odpowiedź na wpis cz 2
            Piszesz O. Włodzimierzu,

            „……Bez tego po powrocie ze spotkania z Bogiem, możemy, i nawet jest to ogromne zagrożenie, popaść w pułapkę próżnej chwały, co przekreśla całą możliwą wiedzę i właściwe myślenie przekazywane innym. ……”

            „…..szatan może nasz zwodzić i to często robi przez podsuwanie nam „genialnych” rozwiązań intelektualnym w odniesieniu do teologii, filozofii, widzenia i rozumienia Boga. To wzbudza w nas próżną chwałę i przygotowuje całkowity upadek. ”

            Tak to najprawdziwsza prawda, która dopadła nie jednego na duchowej drodze.

            Jak pisze Ewagriusz ale i co jest oczywiste w naukach wschodnich duchowości ,zaćmienia, trucizny odgradzajace serce od oczyszczenia nie rozpuszczają się na drodze praktyki rownoczesnie. Zalezne jest to też od niuansów praktyki, ich zestawienia i w tym zestawieniu intensywnosci.
            Ewagriusz i Ojcowie Pustyni nazywaja te demonami zła i w sumie pokrywają sie one z buddyjskimi, z poziomu podstawowego, lub nastepczego, kiedy są już wymieszane.
            Buddyzm okresla je jako zaćmienia umysłu, lub nazywa też demonami :
            gniew,
            zazdrość,
            przywiązanie, ( lgniecie do rzeczy i sytuacji)
            duma,

            Przeszkody te wystepują we wszelkich zestawieniach wzajemnych i w olbrzymiej ilosci odcieni i ntensywnosci, tworzac gigantyczny szereg odmiennych, pochodnych naszych zaćmień serca.
            Nie jesteśmy tacy sami i róznie powinnismy podchodzić do swego oczyszczenia. Stosowanie jednej metody dla wszystkich nie daje wszystkim takich samych rezultatów.
            Stosowanie też tylko jakiejś czesci praktyk skutkuje nie pełnym oczyszczeniem i pozostawia pewne przeszkody nie naruszone.
            Na przyklad japoński Zen poprzez wyłaczną, jedną, praktykę jaką stosują ,doskonale rozwija wglad, a bardzo mało altruizm ( miłosć do innych). Brakuje im fazy rozmyślań, ktora ten wgląd w madrość mogła by zamienić.
            To są niuansy praktyki niezwykla ważne, o których, mam nadzieje O.Włodku kiedyś szerzej porozmawiamy.
            Dziś warto powiedzieć iż duma i próżna chwała rozpuszcza się, bez specjalnego nadzoru, jako ostatnia i czesto grozi nawet rozwiniętym nauczycielom. Jednak z udziałem wglądu, dumę, jak resztę, mozna zamienić w mądrość. Zamienić, poprzez samo obserwacje, rachunek, z tego poziomu, sumienia i rozmyslania, kiedy to wszystko ma się już w swojej garści.
            Tak to praktyki, ponad myslami z angażowaniem umysłu, moim zdaniem się łączą.

          • Piotr Wróbel Duda

            Rola nauczyciela w medytacji.

            Nauczyciel medytacji nie może oddzielić swojej nauki metod, od przewodnictwa duchowego dla ucznia.

            Jak napisałem już wcześniej medytacje i następujące po nich, z udziałem wglądu ( raczej nie natychmiast), rozmyslania nad sobą i naturą Boga, mogą medytujacego przenosić w rozwoju duchowym na wyższe poziomy rozpoznania świata. W tym, rozpoznanie, siebie i innych. Zawsze w takiej kolejnosci.
            Z takiej pozycji nauczyciel jest wsparciem nie tylko w metodach i pułapkach medytacji.
            Majac rozpoznanie natury ucznia, jego indywidualnego zestawu przeszkód w oczyszczeniu serca, przede wszystkim dobiera metody na miarę.
            Istotnym jest zrozumienie, iż nie tylko przygląda się naturze ucznia z zewnatrz, i z tego powodu widzi to czego sam uczeń w żadnym razie o sobie nie potrafi, uswiadomić. Ważne, że widzi to z innego poziomu wnikliwości. Nauczyciel sam przeszedł tą drogę, majac własne jej doswiadczenia i odnajduje z łatwoscią, sedna zaciemnień. Powinien mieć, też zachowaną linię przekazu, czyli zapisane doswiadczenie innych przed nim nauczycieli. Będąc daleko na drodze, widzi z ponad zwyczajną przenikliwością. . Dlatego nauczycielem medytacji, duchowosci, muszą być osoby na tej drodze urzeczywistnione. Inne, co głownie się dziś zdarza, są wprost balastem, który musi doprowadzić do katastrofy.
            Urzeczywistniony nauczyciel, powinien być oparciem w rozmyślaniach, ucznia. Uczestniczyć w ich postępie. Kierować je na własciwe tory, rozmową. W chrześcijaństwie doskonale może posłużyć do tego rozmowa spowiedzi.
            Z drugiej strony uczeń musi mieć bezgraniczne zaufanie do nauczyciela. Zaufaniu, które pozwoli mu wierzyć w diagnozy nauczyciela, których sam nie będąc na tym poziomie, nie dostrzega. Zaufanie, by poddać się praktykom, których skutków nie zna.
            Zaufanie, które nauczyciel, tylko może uzyskać, pokazując owoce swojego życia. Dobrze jest wiec, gdy uczeń ma szanse je dojrzeć.
            Prawdziwe cnoty, wprawdzie, same sie bronią, ale z drugiej strony dość łatwo, dla nie wprawnego, pomylić świętoszka ze świętym. Dodatkową trudnoscią, dla ucznia, jest to że mnisi kaptur zawsze tak samo wygląda, a mnisi mur nie daje szansy nauczycielowi na pokazanie jak zachował, by sie wobec zwykłych pokus i przeciwności zycia. Dlatego ważna jest mozliwość długotrwałego przebywania potencjalnego ucznia i potencjalnego nauczyciela koło siebie, by pozory można odłozyć na bok i dokonać wzajemnego wyboru. W tradycyjnym buddyzmie uczeń miał bez zobowiązań trzy lata na wybór nauczyciela, a nauczyciel kolejne trzy by przyjać, go do nauczań. W dziejszym szybkim świecie, zdaje się to nie do pomyślenia, ale tradycyjny chrześcijański nowicjat, temu pewno miał słuzyć.
            Na końcu tego wpisu niestety, muszę powiedzieć stwierdzenie bardzo nie popularne. My ludzie nie jesteśmy wszyscy w tej samej sytuacji, jak chcielibyśmy o tym sądzić. Komuna pogłębiła w nas taki egalitaryzm na każdym polu. Duchwym też. Niewielu tylko z nas ma pełną Łaskę Bożą, by nie obrastać grubo w zaciemnienia, lub jescze lepiej łatwo się z nich otrząsać. Dla innych, pozostają praktyki bardziej podstawowe, które też rokują pewien zakres naprawy. Buddyzm ma wytłumaczenie dla takiego globalnego faktu, ale nie bedę, nim, tu zaciemniał sprawy.

          • Piotr Wróbel Duda

            Zapomniałem dodać wyżej jednego ważnego zdania.
            Nauka medytacji tylko z książek jest obarczona wadą iż książki nie da się o nic spytać. Zauważam dziś nawet u najlepszych nauczycieli katolickich 🙂 tendencję do długich oracji bez możliwości zadawania pytań, na koniec kwestii. To moim zdaniem i według metod buddyjskich, błąd.
            Osobnym zagadnieniem jest brykowa nauka medytacji z nie poważnych źródeł. Może ona doprowadzić do katastrofy na wszystkich polach.

          • Piotr Wróbel Duda

            Buddyzm na Zachodzie traktowany jest jako system filozoficzny ateistyczny.

            O wielu sprawach, my ludzie, jesteśmy gotowi wydawać sądy, tylko na podstawie błędnych o nich wyobrażeń. Tak i tutaj.
            Katolicy widzą ateizm jako zaprzeczenie Boga i nie materialnej duchowości. Za ateistów uważają tych, którzy nie zaprzeczają tylko materii. To całkiem inny ateizm niż buddyjski.
            Buddyzm nie tylko nie przeczy Absolutowi rozumianemu jako Zamysł, ale wprost z niego wszystko wywodzi. Nie precyzuje go jednak, gdyż wie, że cokolwiek człowiek o Absolucie sadzi, to sadzi poprzez swoje ludzkie rozumienie świata.
            W świętych pismach buddyzmu (sutty) Budda kpi z braminów (członków ówczesnej kasty kapłańskiej), twierdząc, że nie spojrzeli oni na Brahmę, a mimo to chcą nauczać innych jak osiągnąć jedność z tym, czego nigdy nie doświadczyli. Nazywa on ich mowy „głupią gadaniną” i „idiotycznymi, czczymi, pustymi słowami o tym czego nie są w stanie pojąć”. Nie zaprzecza on jednakże istnieniu Brahmy, lecz jedynie ukazuje głupotę tych przewodników duchowych, którzy chcą prowadzić innych tam, gdzie sami nigdy nie dotarli.
            Sytacja analogiczna, jak widać powtarza się po wielokroć w dziejach ludzkosci i dzisiaj znowu, w” Zachodnim Świecie”, zarosnietym jak nigdy, potwornoscią cywilizacji materialnej, pojawia się promyk nadzieji.

            Jak medytować,
            Dokładne wskazówki, szczególnie relacjonowanie własnej medytacji od strony wrażeń, jest zakazana wśród buddystów. Niedawno dowiedziałem się, że i praktyka chrześcijańska ma taki sam zakaz. Wyjaśnienia tego zakazu są takie, że niektóre fazy medytacji są z pewnoscią inaczej przeżywane przez różnych ludzi. Uczący się medytacji, nie może sugerować sie czyimś przeżyciem i na siłę szukać go u siebie.
            Co jednak ogólnego można powiedzieć o fazach medytacji?
            Można powiedzieć iż fazy medytacji zacieśniają, intelektualne przeżywanie swiata zewnętrznaego.
            Wchodzimy w medytacje z natłoku życia zewnętrznego. Życia pełnego emocji i myśli, ktore nami rządzą. Tak rzadzą!
            Zobaczcie czytelnicy, jak bardzo wasze myśli są wam nieposłuszne. Jak czesto myślicie, tworzycie całe ciągi myślowe, wbrew wlasnej woli. Myśli dołujące wymykają sie waszej kontroli, podobnie jak myśli euforyczne. Myśl was nosi, co chwila od przeszłości do projektowania przyszłości. Rzadko kiedy jesteście w pełni w obecnej chwili. Nawet, kiedy nie ma potrzeby myślami niczego opracowywać i można by je zluzować, w głowie, macie bełkot myśli w tle.
            Żeby spotkać się z Bogiem, należy myśli wziąć na smycz.
            Myśli muszą stać się waszym zadaniowym pracownikiem.
            Kiedy nie są potrzebne należy umieć je odesłać.
            Dopóki myśli są waszymi szefami, z prawdziwym spotkaniem z Bogiem nie bedzie nic.
            Należy opróżnić się z myśli, by dać miejsce które może napełnić Boskość.
            Jak taką umiejętność uzyskać, jakie na to sposoby, napiszę w następnych wpisach

          • Piotr Wróbel Duda

            Jezyk tłumaczeń, siatka słów nakladana na znaczenia, bardzo czesto jest podstawą totalnago zafałszowania nauk. Dzieje się tak zazwyczaj kiedy, tłumacze z jezyka, ktorzy nie doświadczają tego co doświadczyli, ci ktorych zapisy tłumaczą, podkladaja pod ich słowa własny poziom rozumienia. Generalnie na stany umysłu, gdzie mało myśli i blisko do Boga , trudno znaleźć adekwatne słowa.
            W poprzednim wpisie napisałem – „Należy opróżnić się z myśli, by dać miejsce które może napełnić Boskość.
            Jak taką umiejętność uzyskać, jakie na to sposoby, napiszę w następnych wpisach”

            No właśnie. Słowo – sposób-, jest prostacko prozaiczne w kontekście szukania Boga.
            Ale co zrobić. Nie znam lepszego, które by nie zaciemniało drogi. Więcej, dla sposobów wejścia w stany opróżnienia z myśli, tłumacze nauk buddyjskich, na język polski, użyli określenia – sprytne.
            Sprytne sposoby, by doświadczyć Boskości.
            Wybaczcie. Nie brzmi to dobrze, ale oddaje sens.
            Spryt jest tu potrzebny, by oszukać własny rozum, od zarania, od grzechu pierworodnego, zafiksowany na błędzie. Ok. Sprytny to był wąż co Ewę kusił. Więc dobrze niech bedzie – Wypróbowane sposoby.
            Na marginesie powyższego, warto zwrócić uwagę, jak czesto powierzchowana forma jest przeszkodą zrozumienia się pomiędzy religiami. Szukajcie istoty pomijając formę, bo wszyskich dotyczy ten sam Absolut.

            Wypróbowane sposoby
            Inteligencja, Rozum, Umysł. Po polsku, znaczą podobnie. W starych tekstach buddystów podobnie, chrześcijanin, to inne pojecia.
            Rozum z myślami jest naszym władcą. A nie powinien.
            Robi z nami co ma ochotę. Kiedy my próbujemy zrobić coś z nim, pokazuje kto tu jest górą. Zachowuje się jak znarowiony koń, bijąc kopytami na boki i skaczac nie do okiełznania.
            Możecie zrobić próbę. Ci co nie medytują. Trzydzieści sekund. Każdy potrafi wstrzymać oddech na tak krótki czas, ale czy potrafi powstrzymać się od myśli. Spróbujcie. Jeśli ktoś potrafi, to zapowiedz mniejszych trudów praktyki. Olbrzymia większość nie potrafi. Rozum, głodny myśli, reaguje wprost bólem fizycznym. Dziesiątki myśli, ważnych, ciekawych, niezbędnych ciśnie się na siłę. Przypomina się co nie załatwione. Spostrzega się intrygujące rzeczy, byle myśleć. Rozum stosuje nawet takie podstępy, że przekonuje nas iż są kategorie myśli wyłączone z wyrzucenia. Na przykład o Bogu. Czesto zdarza się w praktyce, że medytujący myśli, czy dobrze medytuje, lub myślą bada, czy nie myśli, a to takie samo rozproszenia jak każde inne. Z takich pojedynków zazwyczaj wychodzimy pokonani.
            Potrzebne wypróbowane sposoby.
            1. Warunki do medytacji.
            By wejść w medytację należy ograniczyć troski doczesne. Mieć za co żyć. Mieć gdzie mieszkać. Nie bać się o siebie i bliskich. Wir doczesnego życia nie jest dobry dla początkujących. Medytacja nie jest sposobem na ukojenie trosk, ani na uspokojenie rozbujanego życia. Należy wypracować życiem stan zwyklego spokoju, spokojnego życia i dopiero z tego poziomu , medytacją wstępną kierować rozum, myśli, na spokojne tory.
            Ci co postanowiali profesjonalnie oddawać się medytacji, we wszystkich religiach wstępowali do klasztorów, by mieć zapewniony spokój, dach nad głową i wikt. By nie mieć trosk, nie zakładali rodzin. Tworzyli mini społeczności idacych tą samą drogą. Takie grupy pomagają wspólnie medytować. Mobilizują. Są oparciem. Po ich uczestnikach widać czynione postępy, których medytacja przysparza.
            2. Postawa w medytacji………
            Cdn

          • Piotr Wróbel Duda

            Pozycja ciała przy medytacji.
            Zasadą jest by pozycja była naturalnie wygodna. Dla ludzi kultury zachodniej pozycja siedzenia na stołku, ławie jest pozycją naturalną. Dla ludzi wschodu siedzenia na ziemi.
            Pozycja leżąca jest dopuszczalna, jednak tworzy ona niebezpieczeństwo zaśnięcia, wieksze niż w innych.
            Niezwykle istotnym, jest w każdej pozycji zachowanie prostych pleców. Zginanie ich skulenie się czesto uniemożliwia medytacje. Buddyzm tłumaczy to, rozbudowaną koncepcją istnienia kanałów energetycznych w ludzkim ciele. Medytujacy chrześcijanie nie muszą koniecznie w nią się zagłębiać. Wystarczy, iż zaobserwowali, że z prostymi plecami łatwiej doświadczyć medytacji, niż ze zgiętymi.
            Mozliwa jest medytacja, lub jej część w ruchu. Jednak zasada prostych pleców, też tu obowiązuje, a ruch musi być intuicyjny nie potrzebujący korekty myślowej i monotonny. Chodzenie po prostym terenie, może takie być.
            Pory dnia dla medytacji.
            Dogodne czyli każde. Jeśli sami planujemy rozkład dnia, to pora świtu i zapadania zmroku, może być najlepsza. Tutaj, jednak też medytujacy musi sam, pod siebie to ułożyć, rozpatrując czy zamierza przeprowadzić wszystkie etapy medytacji, czy tylko początkowe. Bo jeśli wszystkie, to te z pełnym rozpuszczeniem myśli, niosą niebezpieczeństwo zaśnięcia. Wtedy jeśli indywidualnie widzimy, że mamy taką tendencje, a nie ma jej równo każdy, to być może bardziej aktywne pory dnia będą lepsze, na pełną medytacje.

            Posiłki.
            Podobnie jak wyżej, należy dostosować je indywidualnie.
            Zasadą jest medytować z nie obciążonym żołądkiem. Wtedy nie ma zagrożenia dodatkowej senności. Jednak bywają ludzie z natury pobudzeni, lub pobudzeni przebiegiem dnia, przed medytacją. To pobudzenie można wtedy zmniejszyć, (nieco) obciążając żoładek
            Zagrożenie zniweczenia medytacji zaśnięciem jest dziś naukowo wytłumaczalne. Odkąd wynaleziono encefalograf badający poziom stanów elektrycznych w naszym mózgu zaobserwowano, iż różnym aktywnościom człowieka towarzyszy rożny ich przebieg. Im większa aktywność, tym przebieg jest bardziej zróżnicowany . Fizjologicznie, zdrowi ludzie, co noc w czasie snu uzyskują parogodzinne jego fazy, gdzie jest on najgłębszy. Bez marzeń sennych. Czyli bez myśli. ( Przez część snu, kiedy śnimy, też myślimy). Ten stan z płaskim nie zróżnicowanym wykresem przebiegów elektrycznych w naszym mózgu jest niebywale ważny dla ludzkiej regeneracji. Zauważono, iż w tych okresach głębokiego snu następuje największa wymiana tkanek naszego ciała. Najlepiej goją się rany i leczą tkanki uszkodzone.
            Kiedy naukowcy badali przez EEG, medytujacych, w trakcie medytacji w etapach rozpuszczenia, wolnych od myśli, to zanotowali ten sam przebieg elektryczny co w fazie głebokiego snu.
            Medytacja jednak nie jest snem, gdyż medytujacy zachowuje w rozpuszczeniu, jasną swiadomość. Nie jest to jednak swiadomość czegoś, ale swiadomość samą w sobie.
            Bliskoś stanu organizmu, w tej fazie medytacji, od głebokiego snu, grozi łatwym przekroczeniem tej granicy i zniweczeniem w tym dniu medytacji.
            Powyzsze uwagi postawy i żywieniowe, mają zastosowanie, w tym kontekście.
            Dodatkowym narzędziem, by faza rozpuszczenia, nie zamieniła się w sen, jest narzędzie zwane na wschodzie jako mala, a na zachodzie jako czotka. Nanizane na, związany w kółko sznurek koraliki, lub grube supełki na nim zawiązane. Medytujacy automatycznie wdraża się praktyką, w przesuwanie w palcach kolejnych paciorków. Medytacja trwa. Myśli odpłynęły, ale place, dopóki umysł świadomy, automatycznie przesuwają koraliki. Kiedy wpada się poza granicę, w sen, palce stają. Brak ich ruchu zazwyczaj budzi medytujacego, przesuwając, go znowu, w obszar pożądany medytacji. Mala czotka, to narzędzia stojące na straży nie zaśnięcia.

          • Piotr Wróbel Duda

            Spotkania z Bogiem.

            Spotkania z Bogiem, to temat, wrażliwy. Mój wpis w tym temacie, może kogoś urazić, więc jeszcze raz podkreślam – to co piszę to tylko moja opinia.
            My ludzie posiadamy zwykłe zmysły, myśli i logikę nimi zarządzającą, by fizycznie przetrwać na tym globie. To nasze ludzkie domeny. Tymi środkami Boga dookreślić się nie da. Tym bardziej, nie da, się z nim spotkać, na tej codziennej płaszczyźnie, naszego postrzegania. Jest szansa się z Nim spotkać, ale w jego przestrzeni,i na jego warunkach. W przestrzeni, którą my ludzie, mamy szanse dotknąć ucząc się tego mozolnie.
            Oszukani, lub samo oszukani są ci, którzy takiego pseudo kontaktu, na ludzkich warunkach, doświadczyli. Naiwni są tacy, co go oczekują. Oszustami są ci, co z tej naiwności ciągną korzyści.

            Pseudo objawienia.

            Pseudo objawienia, to przeszkoda w medytacji wynikająca z błędów w fazach początkowych medytacji.
            Pierwszym z nich, to oczekiwania namacalnego, zmysłowego kontaktu z Bogiem.
            Jego objawienia, ujrzenia Go, lub Boskich Znaków. Oczekiwania, że skoro innym się objawiał, to i moja medytacyjna praktyka powinna być Nim zwieńczona.
            Drugim błedem, to wejscie w medytacje w stanie silnych emocji. Emocji nie koniecznie z dnia medytacji, ale emocji tkwiących mocno w medytującym. I w sumie nie istotne czy to emocje złe, czy pozytywnie widziane, ( np egzaltacja religijna). Oba rodzaje skończą się bezowocnie, dla prawdziwego celu medytacji. Zatrzymają medytującego na pseudo objawieniu. Złe emocje zamienią się w zwizalizowany, jak żywy koszmar demona. Egzaltacja religijna zabrana w medytacje zamieni się w zwizalizowanego jak żywy Jezusa, Świętych, symboli itp.
            To dość prawdopodobny scenariusz. Wystarczy – UWAGA swiadomie lub nie , – wejść w początkowe fazy medytacji, ale z nie uspokojonym umysłem i na granicy rozpuszczenia myśli, prawie pewnym jest pseudoobjawienie. Jest rzadkie, i nie zwyczajne, bo rzadko w medytacji, ktoś nieświadomie, w tak dalekie fazy zachodzi. Ale da się. Żarliwa modlitwa słowna, taka bez opamiętania, może tam zaprowadzić. Podobnie zaprowadzić tam mogą, różne ezoteryczne praktyki, tak często stosowane przez młodych.
            „ZABIJ BUDDĘ JESLI GO ZOBACZYSZ” to buddyjska wskazówka do medytacji, a nie dowód na dewiacje buddyzmu. Zabij Buddę, to oznacza w praktyce jesli doświadczasz wizji w medytacji, to, bądź na nie przygotowany i wiedz, że nic nie znaczą. Pomiń je jeśli potrafisz, albo podejdź do następnej medytacji bardziej uspokojony. Za wczesnie wchodziłeś w wysoką medytacje. Na razie odpuść i zajmij się uspokojeniem siebie. To własciwy wniosek z pseudoobjawienia.
            Niestety nieświadomi, ale i oszuści zbijają kapitał na tym medytacyjnym błedzie.
            Wielu z wyświęconych osób, było ofiarami tej pomyłki, a Koscioły czerpały z tego profit, dajac jako dowód objawienia innych. Dowód na Boga i na szatana.
            Zabawnym jest dla buddysty, który z elementarza zna te mechanizmy, słuchać nawróconych młodzieniaszków, którzy wczesniej majstrowali ezoterycznie i ujrzeli demona. Przykrym jest widzieć jak wykorzystują to Kościoły.

          • Piotr Wróbel Duda

            Fazy medytacji
            Jak widać z poprzedniego wpisu, uspokojenie rozumu, jest niezbędne w medytacji.
            Najpierw warunkami życia, potem warunkami medytacji, w końcu praktyką.
            Jak słusznie pisze O. Zatorski, medytacji celem nie jest uspokojenie, ale uspokojenie jest niezbednym składnikiem medytacji. Słowo medytacja dziś stało się modne i pokryte komercią. Zapewniam że nie o takiej medytacji tu piszę.
            Uspokojenie jest niezbędne. Przejscie z nawet spokojnego zwykłego zycia, potrzebuje praktyk uspokajających. Może to być madre rozmyślanie nad przemijalnością ludzkiego życia. Po chrześcijańsku mówiąc nad jego marnoscią. Wcale ten temat nie powinien być, w myślach mądrego, przygnębiający, bo mądry widzi, że nie ma się do czego tu przywiązywać i nie tu za radą Jezusa należy gromadzić skarby. Trzeba jednak, uważać, by temat rozmyślań nie sprowadził nas do codziennych, zwiazanych z funkcjonowaniem myśli, bo wlasnie od nich chcemy uzyskać oderwanie.
            Następna faza to praktyka ograniczenia myśli.
            Nie rozpuszczenia całkowitego, ale ograniczenia. A własciwie do sprytnego, ( za przeproszeniem) zastapienia nałogu myślenia jakąś czynnoscią myśli ograniczajacą.
            Spiew, np gregoriański, dla śpiewajacych powinien ograniczać myśli. Zwrócenie całej, naprawdę całej, uwagi na oddechu, ogranicza myśli.
            Myślenia nieprzemożna konieczność, bez szansy na ograniczenie jej wolą, to największy nałóg ludzkosci.
            Faza ograniczenia myśli, to jak, dla heroinisty, kuracja z metadonu. Niby to samo, ale trochę mniej szkodzi. To jednak wyraźne ograniczenie i wyraźny krok na drodze walki z nałogiem. To istotny krok, bo dotąd mysli władały nami niepodzielnie, a teraz to my sprytnie zakladamy myślom uzdę.
            Długo, długo należy podejmować takie próby i mysli kieznać sposobem. Własciwie to już zawsze warto podejmować tą fazę medytacji. Na poczatku, bez dalszych faz. Potem jako poczatek medytacji, ale rownież osobno.
            Wiele jest na tą fazę sposobów. Można je zamieniać, lub wybrać ulubioną.
            Krótka modlitwa, z paru słów, powtarzana po wielokroć. Koncentrowanie mysli ale i pełnego czucia tylko na prostej czynnosci, którą właśnie robimy. Np, myjemy rece czujac dotyk wody śliskość mydła, tarcie ręki o rękę, cięzar ciała stojącego przed umywalką. Słyszymy plusk wody. Badamy odczucie ciepła na nasze ciało itd. Taki może być spacer, kapiel, obieranie ziemniaków itp. Z wyłaczną uwagą możemy, też obserwować, wczuwać się w poszczególne fragmenty naszego ciała. Koncentrować się na kolejnych palcach stopy. Potem poczuć kostkę stawu skokowego, kolano. I tak obejść całe ciało. Czesto prosta fizyczna praca, rutynowa, wykonywana z wyłaczną w niej koncentracją, spełnia warunki tej fazy medytacji.

            Następne fazy medytacji coraz gorzej poddają się opisowi, niemniej w następnych wpisach popróbuje je nieco przybliżyć.

  12. Piotr

    Ad. ” medytacja słowo łacinskie funkcjonujace od starozytnosci. Nie było jeszcze konaktu z żadnym buddyzmem”

    A co na to historia?

    Grecy w starożytnych Indiach

    Czasy dominacji państwa perskiego Achemenidów na Wschodzie stały się areną coraz częstszych wizyt Greków w Azji, którzy docierali do połowy IV w. p.n.e. do dzisiejszego Afganistanu i północno-zachodnich Indii (m.in. Hekatajos z Miletu, Herodot, Demokryt i inni). Dzięki tym podróżom Europejczycy zaczęli zapoznawać się z kulturą indyjską i prowadzić coraz to większą wymianę handlową, a szlak handlowy z Babilonu do Iranu docierał do Baktrii, gdzie łączył się ze szlakiem karawan idących przez Gandharę z zachodnich Indii. Już w czasach Herodota, a więc w piątym stuleciu przed Chrystusem, Grecy utrzymywali wymianę towarową ze Scytami, co potwierdzają znaleziska nad Morzem Czarnym, Kaspijskim i Ałtajem. Kwitła wówczas w rejonach Morza Czarnego kultura Pontyjska, a jej oddziaływanie w różnorodny sposób zaznaczało się w Azji Środkowej pośród prowadzących wymianę handlową żyjących tam ludów. Również zasady religijne Persów (zaratrustranizm) i Hindusów (wedyzm) wywarły pewien wpływ na systemy filozoficzne starożytnych Greków. Na pewno w połowie VI w. przed Chrystusem Grecy zamieszkujący Azję Mniejszą posiadali informacje dotyczące Indii, o czym świadczą zachowane jeszcze od tamtych czasów starożytne dokumenty. Grecy i Hindusi musieli się już wzajemnie kontaktować, ale wiedza na temat Indii wśród Greków była powszechnie jeszcze niewielka.
    Starożytni Europejczycy zetknęli się bezpośrednio z cywilizacją indyjską w momencie słynnej wyprawy do Indii Aleksandra Wielkiego. W latach 327-326 przed Chrystusem armia macedońska wkroczyła na tereny dzisiejszego Pakistanu i Pendżabu, docierając do rzeki Bias, dopływu Satledżu. Co prawda wkrótce Aleksander Macedoński zaniechał dalszego marszu i wycofał się, jednak zainteresowanie Indiami wśród Greków, którzy pozostali w guberniach wschodnich postaleksandryjskiego imperium, nie zmalało. Około roku 305 p.n.e. Seleukos Nikator ponownie poprowadził swoje wojska do północnozachodnich krańców Indii. Akcja, raczej niepomyślna dla Greków militarnie, zakończyła się zawarciem układu pokojowego z dziadkiem cesarza Asioki Czandraguptą Maurją, na mocy którego Grecy oddawali zdobyte wcześniej przez Aleksandra Wielkiego tereny dzisiejszego Afganistanu południowego oraz Pakistanu Zachodniego. Seleukos ustanowił swojego ambasadora na dworze indyjskiego władcy, historyka i geografa Megastenesa. Natomiast Czandragupta Maurja dał ze swojej strony Grekom pięćset bojowych słoni, a także poślubił grecką księżniczkę.
    Megastenes pozostawił po sobie opis organizacji indyjskiego państwa. Grek zafascynowany był ponadto przepychem indyjskich, monarszych rezydencji i poziomem rozwoju cywilizacji Indii, która jego zdaniem dorównywała osiągnięciom starożytnych Persów. Hellenistyczne źródła podają, że ojciec Asioki Bindusara, domagając się podarunków od greckiego króla Syrii Antiocha I, życzył sobie greckiego wina, fig i filozofa-sofisty. Sofisty mu jednak nie przysłano, niemniej jednak relacja taka świadczy o kontaktach Indii w tym okresie ze światem starożytnej Grecji. Na dwór dominującego w ówczesnych Indiach królestwa Magadhy przybywali ambasadorzy i posłowie władców hellenistycznych. Dzięki Aleksandrowi Macedońskiemu, Grecy osiedlili się w całych północno zachodnich Indiach, gdzie pozostali ich namiestnicy, greckie garnizony i faktorie handlowe. W celu stworzenia punktów oparcia dla greckiej kolonizacji Europejczycy wznieśli w Sogdianie i Baktrii około 12 miast, tzw. Aleksandrii. Ulokowano w nich około 23 tysięcy żołnierzy, z tego znaczną część stanowili Grecy. Około roku 300 przed Chrystusem stworzone przez Aleksandra Macedońskiego imperium rozpadło się na szereg prowincji, w których władze utrzymali Grecy. Językiem administracji i handlu, a także językiem ludzi wykształconych na całym tym terytorium, aż po granice Indii, był grecki. Cały ten obszar, pomiędzy Baktrią a Egiptem nazywano wówczas hellenistycznym.
    Należy zwrócić uwagę na to, iż od omawianego okresu buddyzm zaczął powoli przenikać przez Sri Lankę do Azji południowo-wschodniej, natomiast przez pakistańską Taxilę do Afganistanu, Baktrii i obszarów Partii. Zachodniej granicy zasięgu buddyzmu w starożytności nigdy nie ustalono. W samych Indiach pod panowaniem cesarza Asioki zarówno państwo i kultura indyjska, jak i dharma Buddy przeżywały okres rozkwitu. Z tej epoki pochodzą słynne orędzia Asioki. Jednym z najstarszych zachowanych do dzisiaj świadectw kontaktu z buddyzmem Greków w III wieku przed Chrystusem jest napis skalny w językach greckim i aramejskim, z Kandaharu, na zachód od Indusu, zawierający edykt Asioki, w którym wychwalana jest i przybliżana nauka Buddy, stająca się wówczas prawem monarchii. Na tych obszarach, wcześniej podbitych przez Aleksandra Wielkiego, język grecki był językiem elit, handlarzy i kolonistów.

    Filantropi i buddyści

    Rozwój kontaktów Greków z Indiami nastąpił właśnie za czasów cesarza Asioki. Czakrawartin, oprócz prowadzonej z Grekami wymiany handlowej, wysyłał mistrzów buddyjskich do helleńskich państw w pobliżu Morza Śródziemnego, w celu umożliwienia im zaznajomienia Greków z nauką Buddy. W Kandaharze, we wschodnim Afganistanie, zostało odkryte orędzie w językach greckim i aramejskim (czyli w języku, jakim posługiwał się Jezus). Wówczas na tych terenach znajdowała się Aleksandria arachozyjska, która weszła także w skład imperium Asioki. Fakt posłużenia się w królewskim orędziu językiem greckim świadczy o znaczeniu, jaki element tej narodowości odgrywał w państwie Asioki, w szczególności w jego północno-zachodniej części. Do dziś nie wiadomo na pewno, czy kolonia grecka w Arachozji jest wymienionym w cejlońskiej kronice Mahavamsa regionem, z którego na Cejlon (na początku I wieku przed Chrystusem) udało się trzydzieści tysięcy mnichów, aby wziąć udziału w poświęceniu wielkiej stupy w okolicach Anuradhapury. Dzięki zachowanej inskrypcji Asioki w Girnar wiemy, że Grek zarządzał w imieniu cesarza zachodnim półwyspem, Surasztrą. Grecy, którzy zamieszkiwali azjatyckie terytoria byli już wówczas także buddystami. Podczas wielkiego III Zgromadzenia Sangi w Pataliputrze (połowa III w. p.n.e.) brał udział Grek Dharmmarakkhita, któremu powierzono obowiązki opieki nad dharmą Buddy w zachodnich prowincjach imperium Asioki. Jednego z mistrzów medytacji wysłano do „kraju Jonów” w celu zapoznania Greków z dharmą.
    W XIII orędziu Asioka stwierdził, że osiągnął zwycięstwo dharmy także wśród Greków, gdzie panowali Antioch, Ptolemeusz, Antygonos, Magasi Aleksander. Informację tę część historyków odczytuje jako dowód na rozprzestrzenianie się buddyzmu pośród Greków zamieszkujących hellenistyczne królestwa. Na ten temat jednak same greckie źródła milczą, co nie oznacza wcale, że Grecy nie przejawili żadnego zainteresowania buddyzmem. Wszakże i dzisiaj współczesne elity społeczeństw europejskich ignorują fakt coraz większej popularności nauki Buddy w Europie. Jeżeli nawet niewielu Greków zainteresowało się praktykami buddyjskimi to wiedzieli już, że indyjskie imperium popiera prawo, opierające się na nauce Buddy, które było najbardziej humanitarnym w starożytnym świecie, a którego postulaty etyczne nie znajdują poparcia nawet pośród większości współczesnych światowych społeczeństw. Asioka poinformował o nim elity greckie i namawiał, aby powstrzymywano się od zabijania i stosowania przemocy wobec wszelkich żyjących istot, szanowano rodziców, ludzi starszych, niewolnikówi służących oraz, aby praktykowano szczodrość wobec ascetów i mędrców, a także utrzymywano zrównoważenie i uprzejmość względem wszystkich istot. Należy mieć na uwadze to, że czasy, jakie nadeszły w greckim świecie po wyprawach aleksandryjskich, charakteryzowały się dynamiką przemian cywilizacyjnych. Wówczas popularność w hellenistycznych państwach zyskali stoicy, a funkcje monarchy nabierały innego niż dawniej znaczenia. Na pierwsze miejsce zaczął wysuwać się postulat filantropii, do jakiej zobowiązani byli władcy greccy. Filantropia polegać miała na dobroczynności i życzliwości wobec wszystkich poddanych. Grecy zaczęli propagować jedność rodziny ludzkiej, jako rdzeń i podstawę nowej doktryny. W ten sposób doszło do ukształtowania się w dwóch kulturach, w tym samym momencie historycznym, zbieżnych postulatów etycznych.
    Cesarz Asioka zmarł w 231 roku przed Chrystusem. Dynastia Maurjów utrzymała się jeszcze przy władzy do pierwszej połowy II w. p.n.e. Bramin Puszjamitra (187-157 r. p.n.e.), wódz armii, zamordował króla Bryhadrahtę, ostatniego z tej dynastii. Po jego śmierci dokonał się całkowity rozpad dawnego imperium. W dużej części Indii Środkowych do głosu doszła reakcja antybuddyjska. Bramini próbowali przywrócić dominację kultu wed. Sprzyjały im dynastie Siungów i Jawanów, które przejęły część schedy po Maurjach.

    Grecki król Menander – buddysta

    Ekspansja Greko-Baktrii dokonała się w znacznym stopniu w czasach Demetriosa, którego władztwo objęło terytoria zdominowane przez żywioł hinduski i zapewne z tego powodu starożytny dziejopisarz Justyn nazwał Demetriosa królem Indów. Arystokracja baktryjska była natomiast zdominowana przez Greków. Baktria uniezależniła się już w połowie III w. przed Chrystusem. Dogodne warunki naturalne sprzyjały szybkiemu rozwojowi państwa. Władcy baktryjscy panowali nad głównym szlakiem handlowym z Gandhary do Persji. Jeszcze Demetrios bił monetę z napisami w językach greckim i indyjskim-kharoszthi. Najprawdopodobniej już jego państwo objęło tereny dzisiejszego północno-zachodniego Pakistanu, czyli części starożytnej Gandhary. Baktryjczycy najpierw przedarli się w dół doliny Indusu i ustanowili potęgę indogrecką w zachodnich i północnych częściach Indii. W latach 205-167 p.n.e. Baktryjczycy dowodzeni przez króla Eurydema, a później króla Demetriosa, zawładnęli znaczną częścią doliny Gangesu. Starożytny historyk Strabon opisywał podboje w Indiach właśnie Demetriosa oraz słynnego Greka-buddysty króla Menandra. Na podstawie hinduskiej tradycji przyjmuje się, że Demetrios wtargnął do Indii, w głąb państwa Maurjów, około 185 r. p.n.e. Był to wypad, który utorował drogę dla późniejszej trwałej okupacji północno-zachodnich Indii. Niemniej jednak Grecy, i dowodzone przez nich wojska baktryjskie, dotarli aż do Pataliputry i po zwycięskiej kampanii cofnęli się do Baktrii. Strabon pisał, że królowie grecko-baktryjscy podporządkowali sobie większe części Indii niż to się udało Aleksandrowi Macedońskiemu. Państwo Greków baktryskich objęło ogromne terytoria w Azji Środkowej, dzisiejszym Afganistanie i Indiach. Spośród władców indogreckich niewątpliwie największą rolę odegrał Menander (163-150 r. p.n.e.) [w jęz. palijskim Milinda; grec. Menandros]. Zagarnął on posiadłości indyjskie prawdopodobnie natychmiast po śmierci swego poprzednika-rywala – Eukratydesa. Stolicą Menandra stało się miasto Siakala. Terytoria zawładnięte przez Menandra rozciągały się od Peszawaru do Pataliputry. Tradycja buddyjska przekazuje, że został on buddystą. Jako król znany był z nadzwyczajnej mądrości, a jego rządy sprzyjały rozkwitowi państwa i nauki Buddy. Menander zyskał sławę jako bohater klasycznego buddyjskiego tekstu, z II w. p.n.e., Milindapańhyy czyli „Pytań króla Milindy”. Napisany w formie dialogu utwór opisuje publiczną, dworską dysputę greckiego króla z mistrzem buddyjskim Nagaseną. Według buddyjskiej tradycji Nagasena pochodził z dominującej obok rycerzy kasty braminów. W wieku 15 lat zaczął buddyjską praktykę, studiując i medytując m.in. w Pataliputrze, gdzie osiągnąć miał stan arhata. Uważany był za wybitnie uzdolnionego, który po jednym wysłuchaniu Abidarma-pitaki opanowywał tekst na pamięć.
    „Pytania króla Milindy” stanowią jedno z najważniejszych dzieł u Therawadinów. Poruszane są w niej podstawowe zagadnienia buddyjskiego poglądu na świat. Król i przysłuchujący się dyspucie Grecy mieli entuzjastycznie wychwalać naukę Buddy, wyjaśnianą przez Nagasenę za pomocą zdumiewających porównań. Na pytanie Menandra: „Czy ten, który się rodzi pozostaje tym samym, czy staje się kimś innym”, mistrz buddyjski odpowiedział, że: „Ani tym samym, ani kim innym”. Poproszony o przykład, arhat zapytał Menandra, czy król, będący pełnym chwały i siły człowiekiem jest tą samą istotą, która była bezbronnym i bezsilnym dzieckiem. Grek odpowiedział przecząco. Wtedy Nagasena oświadczył: „Jeśli nie jesteś tym dzieckiem, to wynika z tego, iż nie miałeś ani matki, ani ojca, ani mnie, nauczyciela Nagaseny”.
    Omawiane dzieło służyło Grekom zamieszkującym północno-zachodnie Indie i zostało ostatecznie ukształtowane około początków naszej rachuby czasu, to jest około czasu życia Chrystusa. „Pytania króla Milindy” to znakomity utwór literacki z dziedziny indyjskiej prozy starożytnej. Dialog rozpoczyna się od opisu stanu ówczesnej cywilizacji indyjskiej oraz przytoczenia poprzednich żywotów Nagaseny i Menandra, po czym wnikliwie i zrozumiale zobrazowano filozofię, etykę i psychologię zawartą w nauce Buddy (przekazu hinajanistycznego). Zarówno tradycja indyjska jak i grecka uznawała Menandra za gorliwego buddystę. Sława króla, jako wielkiego i sprawiedliwego władcy, rozniosła się daleko. Plutarch pisał potem, że po śmierci króla miasta jego rywalizowały ze sobą o zaszczyt przechowywania prochów, po czym podzieliły szczątki między siebie. Przekaz tego dziejopisarza przypomina wydarzenia, jakie nastąpiły po Parinirvanie Buddy, kiedy to miało dojść do konfliktów, a nawet groźby wojny z powodu sporów wywołanych kwestią odpowiedniego podziału pozostałych po Przebudzonym relikwi.
    Na czele państwa Menandra stał władca. Czasami współrządcą był jego syn. Państwo podzielono, wzorując się na perskiej monarchii Seleucydów, na satrapie. Na dworze królewskim funkcjonowało sześciu wpływowych dworzan: najwyższy dowódca wojskowy, pierwszy minister, główny sędzia, zarządca skarbca, a także nosiciel parasola i noszący miecz. W armii służyli zarówno Grecy jak i inni najemnicy. Król posiadał gwardię przyboczną. Siłę uderzeniową zwiększały słonie bojowe. Podstawową rolę odgrywała kawaleria i piechota. Milindapańha informuje nas także o sprawach społecznych. Poważny stopień rozwoju osiągnęła produkcja rzemieślnicza. W mieście, gdzie odbywała się dysputa Nagaseny z królem, pracowali artyści, wyrabiający przedmioty ze złota, srebra, ołowiu cyny, miedzi, brązu i żelaza. Nie brakowało tam garncarzy, kaletników, specjalistów od wyrobu namiotów, wytwórców koszyków, bawełny, łuków i różnej broni. Traktat podkreśla, iż w mieście było dużo handlarzy suknem i przeróżnymi artykułami żywnościowymi. Grecy przyszli na tereny Baktrii z Aleksandrem Wielkim jako najeźdźcy, ale z biegiem lat wkomponowali się w strukturę miejscowych społeczności, stając się rzemieślnikami, kupcami, aktorami, lekarzami i wszelkiej maści artystami

  13. Koriolan

    „przez medytację stajemy się dzieckiem bożym”
    .
    Nieźle, nieźle …
    Co prawda ja uważam, że rodzimy się (jesteśmy stwarzanie) jako dziecko boże a w życiu możemy to tylko poczuć (odkryć) ale to w zasadzie to samo :-)))

  14. Koriolan

    .
    Madytacja …
    Ogólnie od Boga oddzielają nas tylko kłębiące się w naszej głowie myśli.
    Medytacja uspokaja te myśli pomagając nam dotrzeć do Boga.
    To jest tak proste …

    • Piotr Wróbel Duda

      To nie takie, aż proste Koriolanie.
      Jak by było proste, to każdy by to praktykował i ziemia w coś na obraz raju by się zmieniła. A jest jak jest, wiec słusznie mówi O. Włodek o trudzie praktyk.

Skomentuj

Twój e-mail nie będzie widoczny. Pamiętaj! Uzupełnij obowiązkowe pola oznaczone *

© 2015 Włodzimierz Zatorski OSB. Wszelkie prawa zastrzeżone © Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC